Muzyczka

wtorek, 15 listopada 2016

Kotori

~~ Nowy Początek - Kotori ~~


  "Krwawe więzienie" to miejsce powstałe w 2689 roku. Jak sama nazwa mówi jest to więzienie, jednak nie dla zwykłych przestępców czy kryminalistów. Krwawe więzienie powstało dla mutantów, którzy od lat nie dają ludzkości normalnie żyć. Mutanci, istoty pół ludzkie, powstałe w wyniku zarazy pewnym patogenem który wywołał wiele zmian w ludzkim kodzie genetycznym, przez co ludzie stawali się bardziej zwierzęcy, dzicy i nieprzewidywalni. Teraz legendy oraz baśnie o syrenach, wampirach, aniołach stawały się prawdą. Świat gdzie ludzie stali na samej górze łańcucha pokarmowego, zniknął i w jego miejsce powstał świat gdzie to ludzie są na równi ze świnią, a to mutanci, królują na szczycie. Mimo siły mutantów ludzie wygrywają z nimi swoją licznością. Zaczęto łapać mutantów potocznie zwanych "Aoi honō" co oznaczało błękitny ogień, będący symbolem Szatana. Następnie transportowano ich do Krwawego Więzienia i by nie buntowały się wprowadzano do ich organizmu specjalną truciznę która zabijała w ciągu tygodnia i aby przeżyć, Aoi hono muszą poddawać się okrutnym badaniom, walczyć miedzi sobą, brać udział w chorych grach, czy poniżać się i błaźnić dla rozrywki bogaczy aby zdobyć antidotum które pozwalało im żyć kolejny tydzień.

              Wielka, żelazna brama rozwarła swoje ramiona, otwierając jedyne wejście do Krwawego Więzienia. Aoi hono, zakłóci w kajdany przeszli przez mur, wchodząc na wielki plac więzienny, stukot pazurów, kopyt i butów zakłócił panującą tam grobową ciszę. Mutanci ustawili się w szeregu, rozległ się huk, to brama zwana bramą Końca zatrzasnęła się, niszcząc całkowicie nadzieję na wolność skazańców. Ponownie zapadła cisza, nikt nie widział już dla siebie nadziei, w końcu trafili do piekła, na które nie zasłużyli. Nagle drzwi przedsionku więzienia, otworzyły się z trzeszczeniem, grupa ludzi stanęła na przeciwko mutantów, śmiejąc się pod nosem z ich nieświadomości. Główny celnik wyszedł na środek, rozwinął długą listę, zaczynając czytać imiona i nazwiska skazańców, oraz zarządzać do której celi mają zostać przydzieleni. "Kotori Suzuya" Celnik wyczytał imię młodej, na oko osiemnastoletniej, czarnowłosej dziewczyny, o pięknych zielono-szmaragdowych oczach i bladej cerze, wysokim wzroście, oraz szczupłej sylwetce. Jej związane łańcuchami, czarne jak węgiel skrzydła sięgające aż do ziemi, poruszyły się niespokojnie. Dziewczyna uniosła wzrok, ze swoich glanów i spojrzała na mężczyznę oczami mordercy, następnie wyszła z szeregu i wykrzywiając głowę jak jaszczurka, zatrzymała się tuż przed nim. Mężczyzna, przełknął ciężko ślinę, a zimny pot oblał całe jego plecy. Gdyby go zaatakowała, on skończyłby najwyżej jako mokra plama.

-Cela SSA365, piętro SS. -Zarządził donośnym głosem, odzyskując zimną krew. Skinąwszy na dwojga wartowników, mężczyźni podeszli do młodej Aoi hono i łapiąc za łańcuch jej kajdan, pociągnęli za sobą, wprowadzając ją do więzienia. Szli w ciszy, przez kręte korytarze, Kotori powoli zaczęła się domyślać, że nie idą do jej celi, a to oznaczało, że idzie na "naznaczenie".  Zaniepokojona tym faktem, zaczęła stawiać bardziej nerwowe kroki. Po chwili stała już przed niepokojącymi ją białymi drzwiami. Wartownicy wprowadzili ją do środka, wielkiego białego pomieszczenia którego jedynym elementem wyposażenia, było ciężkie metalowe krzesło i stół z przeróżnymi dziwnymi przyrządami. Siła posadzoną ją na krześle i przykuto do niego, zaczęła się rwać i szarpać, patrząc na śmiejących się mężczyzn przerażonym wzrokiem.

-Nie rwij się tak! Uspokój się, to, tylko się poranisz. -Jeden z wartowników przestąpił z nogi na nogę, patrząc na dziewczynę ze spokojem. Otworzyła usta by coś powiedzieć, lecz w tym momencie do sali wszedł wysoki, silnie zbudowany mężczyzna w białym kitlu. Kotori wstrzymała oddech kiedy do niej podszedł.

-Taka młoda, szkoda.....-Doktor widocznie niezadowolony, chwycił w dwa palce jej podbródek i spojrzał w przerażone oczy Aoi hono. Odepchnął jej twarz, po czym podszedł do stołu i wziął kawałek rozżarzonego do czerwoności metalu.

-Jaki ma numer? -Skierował swoje słowa do wartowników, nie spuszczając wzroku z przerażonego mutanta.

-SSA365......-Zaśmiał się pod nosem jeden z tych wstrętnych sadystów. Doktor nic nie odpowiedział, tylko podwinął lekko bluzkę dziewczyny i przyłożył metal do jej skóry. Kotori wydała z siebie krzyk, a w jej oczach pojawiły się łzy. Ból wypalania skóry był niewyobrażalnie wielki, a ten sadystyczny doktor, robił to jak najbardziej powoli i boleśnie.

-Przestań! Błagam! Przestań! -Krzyknęła dziewczyna, dławiąc się własnymi łzami, jednak nikt tu nie przejmował się jej prośbami. Chłopak ponownie przyłożył metal do jej skóry, przyciskając go powoli. Kotori, zaczęła się szarpać i krzyczeć jeszcze bardziej, jednak na nic. Po dłuższym czasie doktor skończył wypalać jej numer, a ona zdyszana i zapłakana bezwładnie opadła na krzesło. Doktor, odłożył metal i wziął do ręki grubą igłę z dziwnym fioletowo-niebieskim płynem w środku. Mutantka nie miała siły nawet się sprzeciwić, pozwoliła sobie wpuścić cały płyn do jej ciała. Wtedy wartownicy odpięli jej kajdany od krzesła i brutalnie szarpnęli nią, by wstała. Zrobiła to posłusznie i ruszyła za nimi powoli, zmęczona i skrzywdzona. Wartownicy ciągnąc ją za łańcuchy, wprowadzili ją na piętro SS, znajdujące się głęboko pod ziemią, mijała wiele cel z innymi męskimi mutantami którzy krzyczeli i gwizdali na jej widok, zachowując się jak zwierzęta na widok mięsa. Nie dziwiła im się w końcu była tu jedyną kobietą, jako mutant, ale też w personelu więzienia nie pracowała żadna kobieta. Za chwilę Kotori stanęła tuż przed swoją celą. Mężczyźni rozkuli jej nogi i ręce, po czym wepchnęli ją do celi, zamykając ją za nią na klucz. Dziewczyna osunęła się na zimną, wilgotną posadzkę, oddychając ciężko. Zmęczonym wzrokiem rozejrzała się po ciasnej, zimnej celi. Stały tu tylko dwa metalowe łóżka, bez materaca, tylko z pojedynczym, cienkim kocem. Ściany już na pierwszy żyt oka były przemarznięte i mokre, a gdzie-nigdzie porastał je dorodny grzyb. W celi nie było nawet zlewu, czy w ogóle światła, którego jedynym źródłem była słaba lampa na korytarzu. Dziewczyna wstała powoli i położyła się obolała na jednym z łóżek, trzęsąc się z zimna. Ciepła para, wydobywała się z jej ust, przy każdym oddechu, przyłożyła zmarznięte ręce do twarzy by ogrzać, je ciepłym powietrzem. Kiedy do jej uszu dobiegł stukot butów, a nagle za nią rozległ się huk i ktoś wszedł do celi, spojrzała, zmęczonym wzrokiem za siebie, który utkwiła w postaci zaskoczonego chłopaka.

-Hej......Co ty tu robisz? -Podszedł do swojego łóżka i usiadł na nim, wpatrując się w zmarzniętą Kotori. Dziewczyna, podniosła lekko bluzkę pokazując mu numer wypalony na jaj boku.

-Ymmm? Czyli mam koleżankę.....Wiesz, pierwszy raz widzę mutanta, który byłby dziewczyną. -Chłopak położyła nogę na nogę i wziął koc ze swojego łóżka, który złożył na pół, a następnie, nakrył nim przemarzniętą Kotori. -Mam na imię Hyaku, a ty jesteś......? -Przyjrzał się jej zielonym oczom, Hyaku był wysokim, dobrze zbudowanym chłopakiem, miał czarne włosy i tego samego koloru oczy. Z głowy wyrastały mu rogi, a z pleców skrzydła podobne układem do nietoperza i łuskowaty długi ogon. Jego ręce były pokryte łuską, a paznokcie przypominały pazury. Prawdopodobnie jego nogi również tak wyglądały. Ubrany był w czarne rurki, glany, białą  gładką bluzkę i czarną, grubą kurtkę z kapturem.

-Kotori.....-Powiedziała cicho dziewczyna, wtulając się w koc. -Ty przyszedłeś tu sam? -Spytała nagle wpatrując się w niego, podejrzliwie, w końcu, jak ona był mutantem, a według zasad mutanci sami nie mogą chodzić po więzieniu.

-Tak, jak nie rozrabiasz możesz chodzić swobodnie po wiezieniu, oczywiści tylko po tym piętrze, bo przejście na inny sektor jest całkowicie nam zakazane. -Hyaku usiadł na skraju łóżka dziewczyny i sięgnął do jej związanych skrzydeł. Zaczynając coś grzebać przy łańcuchu.

-Hej, co ty robisz?!-Zbulwersowała się dziewczyna, próbując mu się wyrwać, jednak kiedy to zrobiła poczuła, że jej skrzydła nie są już związane, spojrzała zaskoczonym wzrokiem na chłopaka, który trzymał rozerwany łańcuch. Ten uśmiechnął się do niej lekko, a na jej twarzy było widać zakłopotanie.

-Dziękuję.....-Szepnęła i z powrotem usiadła na łóżku , wchodząc pod koc. Hyaku, położył łańcuch na ziemi i obdarzył dziewczynę lekkim uśmiechem. -Ile już tu jesteś? -Kotori spojrzała w kobaltowe oczy chłopaka, owijając swoje zmarznięte ciało skrzydłami.

-Prawie rok.....W sumie, nie jest tu tak źle.....-Hyaku rozciągnął mięśnie swoich silnych barków, ziewając głośno, ukazując swoje długie kły. Dziewczyna, spojrzała zafascynowana, na chłopaka który przypominał jej smoka.

-O co chodzi z tymi piętrami i czymś zwanym "Akumą"? -Aoi hono spojrzała na towarzysza, przypominając sobie zasady które tłumaczona im podczas drogi do więzienia, jednak ona wtedy nie za bardzo słuchała tego co do niej mówiono.

-Chyba nie zbyt dokładnie słuchałaś zasad co? -Chłopak zaśmiał się pod nosem, trzepocząc swoimi długimi, ostrymi uszami.

-N-Nie......- Kotori nieświadomie zaczęła wpatrywać się w Hyaku, który bardzo ja ciekawił, w końcu wszyscy tutaj wyglądali na bardziej zmutowanych niż ona.....

-Więc posłuchaj uważnie, całe więzienie dzieli się na 7 pięter, na pierwszym jest cała administracja i laboratoria, a dopiero poniżej w ziemi, cele. Cele dzielą się na typy L, H,D,A S i SS. A nazwane są tak od stopnia zainfekowania i mutacji. L Czyli Lion, to najmniej groźny stopień, oni są tuż pod administracją, pod nimi są cele H czyli Harpies, są groźniejsze od typu L. Jeszce niżej są cele D czyli Drako, silniejsze od Harpies. Później, na piątym pietrze znajduje się typ A czyli Akumy, są silne, ale słabsze od typu S położone na szóstym pietrze. No i my, najbardziej zainfekowani i najgroźniejsi, na samym dnie typ SS.....Rozumiesz? -Hyaku, spojrzał ze spokojem na zielonooką, która siedziała pogrążona we własnych myślach. Chłopak lekko szturchnął ją, tym samym wyrywając ją z zamyślenia. Dziewczyna, lekko spłoszona, zamrugała parę razy i uśmiechnęła się lekko.

-Ty mnie w ogóle słuchałaś? -Hyaku westchnął cicho.

-Tak, ale mój stopień infekcji nie jest duży, a jednak trafiłam tutaj.....-Przyznała, podpierając głowę na rękach, wpatrując się w obdartą z tynku ścianę.

-Może, jeszcze mutujesz? -Spytał, próbując znaleźć wzrokiem punkt w który tak wpatruje się Kotori. Dziewczyna westchnęła cicho i opadła bezwładnie na łóżko, co nie było dobrym pomysłem, gdyż uderzyła o twardy metal. Stęknęła pod nosem i wypuściła ze świstem powietrze, zaciskając zęby.

-Uważaj.....-Smok pomachał rozbawiony ogonem i poprawił jej koc, który spadł jej z nóg. Uśmiechnęła się do niego lekko, a on odwzajemnił gest. -Jak myślisz która godzina? -Spytał Hyaku, wstając i podchodząc do swojego łóżka, następnie kładąc się na nim.

-Nie wiem.....Chyba koło 20.....-Kotori, zamknęła zmęczone oczy, wtulając się w swój koc.

-Pewnie tak.....-Chłopak, również zamknął swoje oczy i rozłożył swój koc, przykrywając się nim. -Radzę ci iść spać, jeżeli rano chcesz się umyć w ciepłej wodzie.

Dziewczyna otworzyła lekko oczy, patrząc na Hyaku ze spokojem

-Co masz na myśli? -Zadała pytanie, próbując się ułożyć, na nie wygodnym metalu.

-Na całe piętro jest jeden bojler, który ogrzewa wodę, a mamy tu około 250 mutantów. -Chłopak wtulił się w koc, jego głos stał cię cichy i ospały, a oddech spokojny i miarowy. Kotori już nic nie odpowiedziała, próbując zasnąć. Jednak zimno, oraz niewygodne posłanie czy też to okropne wilgotne powietrze, to niebyły idealne warunki do snu. Całą noc miotała się z boku na bok i szczękała zębami z zimna, nie mogąc ani na chwilę zmrużyć oka. Zmęczona dźwignęła się z zimnego łóżka i spojrzała w stronę, śpiącego Hyaku. "Wygląda słodko, gdy śpi....." Pomyślała, uśmiechając się do siebie.

-Kotori? Czemu nie śpisz? -Spytał nagle chłopak, podnosząc się na łokciach, patrząc zaspanym wzrokiem na czarnowłosą. Ziewnął przeciągliwie, nie zasłaniając ust, jego ogon spadł z łóżka, płożąc się po ziemi, podobnie jak skrzydła. Kotori, zamrugała parę razy zaskoczona sytuacją, dopiero po chwili zdając sobie sprawę z tego, że milczy od dłuższego czasu.

-Ja, nie mogę zasnąć.....- Powiedziała pośpiesznie, a jej policzki zaróżowiły się lekko. Odwróciła wzrok, wbijając go w podłogę, która nagle stała się bardzo interesującym obiektem.

-Ehhhh......-Westchnął głośno. -Chodź, może jak się przytulisz to zaśniesz.....W końcu jeszcze dziecko z ciebie. -Wyszczerzył białe kły w uśmiechu, tym samym przyprawiając ją o jeszcze większy rumieniec na twarzy, po chwili wstała, owinięta w koc podeszła do Hyaku i usiadła na skraju łóżka. Chłopak wstał i położył swój koc jako prześcieradło, ona położyła się jak najbliżej jednego końca, a on powtórzył po niej czynność, okryła go częścią swojego koca. Smok, lekko objął jej barki i ramiona, tuląc do swojej klatki piersiowej. Kotori trochę speszona, również owinęła ręce w około jego pasa i  zamknęła ciężkie od zmęczenia powieki.

-Osumi*.....-Usłyszała jedynie, za nim oddała się w objęcia morfeusza....

"Kotori, Kotori.....Kotoriiii" Dziewczyna usłyszała głos Hyaku nad sobą. Uchyliła zaspane powieki i spojrzała na kruka nieprzytomnym wzrokiem.

-Hymmm? -Wydobyła z siebie jęk i przeciągnęła mięśnie ramion.

-Wstawaj! Bo zaraz ciepłej wody zabraknie! -Chłopak pomachał nerwowo ogonem, spojrzała na niego i ziewnęła przeciągliwie, wstała bez pośpiechu i ubrała swoje glany, przeczesała ręką czarno-krucze włosy. Nadgarstkiem prawej ręki przetarła oko, pociągnęła nosem z zimna, nagle zatrzęsła się lekko, dostając tak zwanej gęsiej skórki. Wstała energicznie i spojrzała na Hyaku z uśmiechem.

-No to chodźmy. -Powiedziała, ukazując swoje białe siekacze, chłopak podszedł do drzwi i otworzył celę, po czym przepuścił ją pierwszą, jak przystało na dżentelmena. Kotori skrzyżowała ręce na piersiach i z uniesioną głową wyszła na korytarz. Usłyszała trzaśnięcie, a smok staną koło niej, szczerząc się jak głupi do sera.

-Proszę za mną.....Księżniczko. -Zadrwił z jej dumnej postawy i ruszyli w stronę łazienki. Większość mutantów spała jeszcze w swoich celach, tak więc na korytarzu panowała grobowa cisza, którą przerywał stukot podeszew ich butów o zmarznięty kamień, oraz ciche popiskiwania szczurów. Stężały zapach grzyba i wilgoci unosił się w powietrzu, Kotori kaszlnęła podrażniona nadmiarem wilgoci, oraz ponownie się zatrzęsła. Mimo wszystko, cienki czarny top nie dawał za dużo, nie mówiąc już o tego samego koloru, podartych na kolanach dżinsach. Hyaku westchnął cicho i rozpoił swoją kurtkę, po czym odchylając jej część przylegającą do tułowia i schował pod nią dziewczynę, jednocześnie obejmując ją ręką. Spojrzała na niego wdzięcznie i wtuliła się w jego ciepły tors, chcąc jak najszybciej się ogrzać. Po chwili stanęli przed starymi, zniszczonymi, drewnianymi drzwiami, chłopak otworzył je, a im oczom ukazało się dużej wielkości pomieszczenie, wyłożone starymi, już zniszczonymi białymi kaflami, znajdowało się tam parę zlewów, oraz kabiny prysznicowe i toaletowe. W środku znajdowało się paru mutantów. Kotori lekko wystraszona ich wzrokiem na sobie, mocniej wtuliła się w Hyaku, a on by dodać jej pewności ścisnął trochę mocniej rękę na talii dziewczyny.

-Hyaku? Czy ja dobrze widzę? Masz współlokatora i to kobietę? -Odezwał się mutant wyglądem przypominający humanoidalną jaszczurkę. Chłopak oblizał swój pysk i podszedł do nowo przybyłej, pochylił się i przyjrzał się jej dokładnie. -Ymmm? Ślicznotka. -Dodał, wyciągając swoją łapę, by ją dotknąć, kiedy Hyaku owinął dziewczynę skrzydłem i odskoczył ciągnąc ją za sobą, patrząc groźnie na mutanta.

-Nie dotykaj jej.....-Smok wyszczerzył wściekły swoje kły i spojrzał w oczy zaskoczonej Kotori. Nagle złagodniał, ukazując spokój i czułość w oczach.

-Hyaku? Zakochałeś się? A podobno jesteś taki nieczuły.....-Dołączył się kolejny, wyglądem przypominający geparda.

-Nie zakochałem się....! -Krzyknął speszony, rumieniąc się na policzkach, puszczając dziewczynę ,która pod wpływem odrzutu, uderzyła plecami o ścianę. Chłopak spojrzał na obolałą, zmarzniętą dziewczynę. Dopiero teraz zwrócił uwagę jak bardzo chuda była.

-Kotori! przepraszam! Nic ci nie jest. -Przyjaciel dziewczyny od razu zjawił się obok i pogładził delikatnie jej głowę. Bez słowa przytuliła się do niego, znowu trzęsąc się z zimna. -Chodź, umyj się w ciepłej wodzie, rozgrzejesz się. - Szepnął,  skinęła lekko głową na znak zrozumienia i poszła do jednaj z kabin, którą zamknęła za sobą. Kotori nigdy nie miała szczęśliwego życia, więc takie traktowanie było dla niej normą, nie znała, czułości i ciepła. Zawsze poniewierana i samotna, dla tego więc też tak szybko zaufała Hyaku, który jako jedyny do tej pory, okazał jej ciepło i zrozumienie..... Po kąpieli dziewczyna wyszła z kabiny, ubrana w stare ciuchy. Smok podszedł do niej i okrył ją czarną, trochę znoszoną, ciepłą, męską bluzą. Była na nią o wiele za duża, zaskoczona, spojrzała mu w oczy, a on tylko uśmiechnął się czule.

-Proszę, to dla ciebie, może trochę znoszona, ale przynajmniej będzie ci cieplej. -Przestąpił z nogi na nogę i nagle zaskoczony spojrzał za dziewczynę.

-Coś nie tak? -Zapytała, spoglądając w tą samą stronę, a jej oczom ukazał się długi ogon, opierzony paroma wielkimi piórami na końcu. Wystraszona podskoczyła i podbiegła do lustra. W którym ujrzała swoją cała sylwetkę. Długi ogon, ciągnął się po ziemi, oczy nadal koloru szmaragdowego, miały kocie, nienaturalne źrenice, a skrzydła wydały jej się jeszcze bardziej masywne i opierzone. Nogi od kolan, przypominały ptasie, opierzone skoki. Szybko zdjęła buty, jej stopy teraz były oszponionymi, łuskowatymi łapami, przypominające wyglądem orle szpony. W oczach Kotori zabrały się łzy, czym zawiniła temu światu, by tak ją pokarano?  Teraz zdawało jej się, że gorzej już być nie mogło. Ukryła twarz w dłoniach i bezwładnie opadła na ziemię, dając upust łzą. Hyaku podszedł do niej i przykucnął, tuląc ją lekko do swojej piersi. Ścisnęła rękoma jego kurtkę i schowała się w jego ramionach, łkając cicho, boleśnie. Czarnowłosemu krajało się na ten widok serce, bo jak każdy nie chciał aby ktoś dla niego ważny, cierpiał. Tkwili tak chwilę, do puki ona nie skończyła ronić łez.

-Kotori? -Odsunął ją lekko i spojrzał w jej szklane od łez oczy. -Powinnaś coś zjeść....Chodź, pójdziemy na stołówkę. -Dodał i pociągnął ją do siebie, wstając jednocześnie.

-Nie chcę jeść....-Skłamała, spuszczając wzrok, patrząc w ziemię. Smok chwycił jej podbródek i uniósł tak, aby patrzyła w jego oczy, a następnie przybliżył się niebezpiecznie blisko jej twarzy.

-Zjesz, czy tego chcesz czy nie.....Nie pozwolę ci się zagłodzić. -Wypowiedział te słowa w sposób co najmniej przerażający, patrząc na nią ostro. Nic nie odpowiedziała, przełykając głośno ślinę. Podkuliła lekko ogon i skinąwszy głową, powoli odsunęła się od niego.

-Nie odbierz tego źle.....Po prostu mimo, że znam cię może dzień, czuję jakbym znał cię całe życie i nie chcę twojej krzywdy. -Przyznał, poprawiając bluzę na jej barkach. -Będzie trzeba ci wyciąć dziurę na skrzydła. -Zauważył, zmieniając temat. Poprawił swoją grzywkę, która opadła mu na oczy i łapiąc dziewczynę za rękę pociągnął ją w stronę stołówki. Stołówka, jak stołówka, wielka hala z masą stołów, krzeseł i bar w którym wydawano jedzenie, oraz zapisywano, kto już jadł, a kto jeszcze posiłku nie otrzymał.  Kotori wraz z Hyaku podeszła do baru i spojrzała na młodego mężczyznę, stojącego nad listą.

-Kotori Suzuya....- Powiedziała dość cicho, kiedy podniósł na nią wzrok swoich błękitnych oczu.

-Jasne.....Ty według programu masz specjalną dietę.....Poczekaj, za raz ci przyniosę. -Powiedział spokojnie blondyn, znikając w kuchni, po chwili wychodząc z niej. W rękach trzymał  papierowe pudełko. Podszedł do mutantki i podał jej jedzenie. Wzięła je bez słowa i poszła dalej, wzięła sztućce i zaczekała na Hyaku, który właśnie szedł w jej stronę z tacą na której znajdował się jego posiłek.

-To gdzie usiądziemy? -Spytała, machając końcówką swojego ogona, wpatrując się w chłopaka.

-Chodź tam..... -Wskazał głową na jeden z mniej uczęszczanych stołów. Ruszyli razem w tamtą stronę, a ona czuła na sobie wzrok innych Aoi hono. Przystąpiła krok bliżej do Hyaku.

-Nie bój się.....Jestem tu. -Nachylił się do jej ucha, mówiąc to tak aby tylko ona to usłyszała. Usiedli razem przy stoliku, rozkładając się z jedzeniem. Kotori otworzyła papierowe opakowanie w którym, znajdował się kawałek mięsa, przypominający wołowinę. Zaskoczona, wbiła w mięso widelec, próbując bez skutecznie je pokroić.

-AAAAAA! To jest nie do pokrojenia.....- Zdenerwowała się i rzuciła sztućce na talerz, krzyżując ręce na piersiach. 

-To to nabij i gryź..... -Zaśmiał się Hyaku, kończąc już swój posiłek, dziewczyna tylko westchnęła i tak jak poradził jej przyjaciel nabiła mięso na widelec, zaczynając żuć, gorzkie, suche, żyłowate mięso. Z trudem przełykała kęsy, krzywiąc się, oraz prawie wymiotując.

-Może tego nie jedz.....-Zaproponował chłopak, głaszcząc ją po plecach.

-Nie, zjem......-Odparła, biorąc kolejny okropny kęs mięsa do ust. Po dłuższej chwili, skończyła posiłek i opadła na oparcie od krzesła. Była zmęczona i zniesmaczona. Siedziała tak dłuższą chwilę, a kiedy właśnie miała wstać i wyjść, rozległ się dźwięk megafonu.

-Numer SSA365, proszony o zgłoszenie się do administracji. -Kotori wystraszona tym komunikatem, spojrzała na Hyaku, chłopak również był zaskoczony. Jednak szybko się otrząsnął i złapał dziewczynę za rękę.

-Musisz szybko tam pójść. -Rzucił tylko, wybiegając z nią z sali, ciągnąc ją w stronę administracji.

-Czemu? Hyaku, o co chodzi? -Spytała, zapierając się, tym samym zmuszając go do zatrzymania się w miejscu, spojrzała mu w oczy. Chłopak tylko przytulił ją do siebie i schował twarz w jej włosach.

-Kotori? Nie jest ci to podejrzane? Trafisz gdzieś, gdzie nie powinnaś, dostajesz inne jedzenie, nikt cię nie pilnuje? - Jego głos był zduszony i cichy.

-Nie rozumiem.....Co masz na myśli? - Skamieniała wystraszona.

-Nie wiem, ale to nie będzie nic przyjemnego.... -Oddalił swoją głowę by spojrzeć w jej oczy. -Wiem tylko tyle, że jeżeli nie dojdziesz tam jak najszybciej, będzie tylko gorzej. -Dodał i wypuścił ją z objęć. -Musisz iść.... -Popchnął ją lekko i ruszyli dalej. W końcu doszli do administracji, Kotori podeszła do biurka, za którym siedział wysoki mężczyzna.

-Miałam się tu zgłosić..... - Zaczęła czując zimny pot na plecach.

-Tak, usiądź tu i zaczekaj. -Mruknął jakby zniesmaczony jej obecnością. Jak kazał, usiadła niespokojnie na krześle Usiadła zaniepokojona na krześle obok Hyaku, który objął objął ją ramieniem.

-----siadła niespokojnie na krześle -Spokojnie, będzie dobrze.....-Spróbował ją uspokoić, jednak na niewiele się to zdało. Zwiesiła głowę i spojrzała w ziemię. Kiedy czekamy, czas bardzo mocno się dłuży, co odczuwała też zielonooka, z każdą chwilą denerwując się coraz bardziej. W końcu do pokoju weszli wartownicy z kajdanami.

-Kotori Suzuya? -Podeszli do niej.

-Tak....O co chodzi? -Spytała, wpatrując się wystraszona w kajdany.

-Zabieramy cię na badania..... -Powiedzieli to najspokojniej na świecie, wstała powoli, a oni spięli ją kajdanami za plecami. Uśmiechnęła się na pożegnanie do Hyaku i wyprowadzona przez strasz, wyszła na korytarz. Szli w zupełnie nie znaną jej stronę, aż nie stanęli przed metalowymi drzwiami, wyglądem przypominającymi te do sejfu w bankach. Wprowadzono ja do środka, wielkiej hali o wysokim suficie w kształcie kopuły. Podłoga była kafelkowana, w wzór szachownicy. Na środku stało jedynie drewniano-metalowe krzesło z łańcuchami i kajdanami. Już sam widok drzwi wydawał jej się podejrzany, ale teraz już wiedziała, że Hyaku miał rację. Posadzono ją na krześle i związano jej od tyłu ręce łańcuchem, który poprowadzono pod krzesłem, a następnie skuto jej nim nogi. Jej ogon i skrzydła przykuto do krzesła, tak by nie mogła nimi ruszyć, a następnie wyszli. Czuła jak przerażenie rozchodzi się po całym jej ciele, obezwładniając ją, paraliżując. Nagle usłyszała huk, i czyjeś kroki, oraz dźwięk kółek wózka. Podniosła wzrok ze swoich łap i spojrzała na tego samego doktora, który wcześniej wypalił jej numer na boku. Zaczęła się szarpać, a w jej oczach zebrały się łzy. Mężczyzna brutalnie złapał ją za szyję i ścisnął mocno, patrząc w jej oczy. Kotori łapczywie łykała powietrze ustami, jednak nie wiele to dawało, zaczęła się dusić, tym samym zaczynając nieudolną próbę uwolnienia się.

-Witaj z powrotem......Kotori. -Uśmiechnął się psychicznie i puścił ją, opadła na krzesło, oddychając ciężko.

-Czego chcesz? -Warknęła wściekle, patrząc groźnie w oczy mężczyzny.

-Kotori? Czy wiesz co wystrzyknąłem ci pierwszego dnia? Albo co zjadłaś dzisiaj na obiad? -Spytał jakby rozbawiony, biorąc pustą igłę z wózka, zaczynając nabierać jakiś płyn z fiolki.

-Truciznę.......I mięso. -Odparła nieświadoma.

-Ta trucizna powinna była zabić cię w przeciągu godziny, a ty nadal żyjesz i czujesz się świetnie, za to moje inne króliki wyzdychały już po najwyżej dwóch godzinach od podania trucizny. Postanowiłem dać ci większą dawkę w jedzeniu razem z lekami odurzającymi, ale tobie nic nie jest......Kotori, jesteś wyjątkowa, masz niesamowite zdolności regeneracyjne i obronne. A ja chcę się dowiedzieć o tym więcej....-Zaśmiał się pod nosem. -Wiesz, że Aoi hono, na twoim etapie mutacji zwykłe metale nie mogą nic zrobić? Tym samym nie możliwe jest wbicie igły w twoją skórę.....-Powiedział, patrząc pod światło na strzykawkę. Dziewczyna uśmiechnęła się pod nosem, zadowolona z tego co słyszy. -To jest substancja, która po wprowadzeniu do twojego ciała, sprawi, że będziesz tak samo słaba jak ludzie, jednak twoje zdolności pozostaną przy tobie.......I wiesz co? Od dawna szukałem miejsca, przez które można byłoby to wam podawać. -Uśmiechnął się, patrząc na nią podchodząc do niej bliżej.

-I takim miejscem jest źrenica! -Krzyknął psychicznie, szybkim ruchem wbijając dziewczynie igłę w oko, wprowadzając do jej krwi płyn. Krzyknęła głośno, zaczynając zapowietrzać się w  przerażeniu. Doktor powoli zaczął wyciągać igłę z jej oka, robiąc to jak najbardziej boleśnie. Z jej oka spłynęła krwawa łza, wpadając razem z strumieniem innych do jej ust. Krzyczała, dławiąc się własną krwią i gorzkimi łzami. Mężczyzna wyjął igłę i wyrzucił ją gdzieś za siebie. Ponownie podszedł do wózka i wziął z niego taboret, wiadro, ciemną chustę, oraz coś na kształt chwytaków ręcznych, trochę podobnych kształtem do kombinerek. Postawił taboret na ziemi, a obok niego wielkie metalowe wiadro.

-Zawsze kiedy zadam ci ból masz od 1000 poczynając odejmować co 7 w duł. Rozumiesz? -Spytał zawiązując chustę na jej oczach. Kotori zatrzęsła się przerażona, nagle czując zimny metal chwytaków na swoim palcu od stopy. -I jeszcze jedno.....Jestem Yamori..... -Zatrzasnął metal na jej palcu, miażdżąc go, a następnie wykręcając i wyrywając. Krew trysnęła po podłodze, a echo krzyku osiemnastolatki rozległo się po całej sali. Doktor wrzucił palec do wiadra, a następnie zrobił to samo z następnym, następnym i następnym, jej palce za każdym razem odrastały.

-Do ilu doliczyłaś? -Spytał nagle zapłakaną, roztrzęsioną dziewczynę.

-9.....900......970.....-Wyjąkała, sapiąc głośno.

-Dobrze.....Wiadro musi być pełne. -Dodał nagle, znów zaciskając metal na jej palcu, wydarła się, a z jej oczu spłynęła kolejna fala łez.

-963....-Jęknęła głośno, a opaska, ciężka od wilgoci jej łez spadła na jej szyję, spojrzała na swoje stopy, skóra na jej palcach była tak cienka, że mogła dostrzec mięśnie, a pazury na nich od ciągłego miażdżenia stały się czarne, w około było pełno krwi, skierowała wzrok na wiadro w którym znajdowało się parę, ledwo pokrywających dno jej palców. Jęknęła żałośnie i spojrzała błagalnym wzrokiem na doktora. Patrząc jak zaciska kolejny raz metal na niej. Krzyknęła, zaczynając się rwać i tupać nogami. Yamori wstał, śmiejąc się psychicznie.

-Denerwujesz mnie. -Zaśmiał się cicho i złapał chwytakami jej język, wyrywając jej go. Wydała z siebie coś na rodzaj krzyku, zamknęła szybko usta i zaczęła jęczeć z bólu, nie mogąc przestać płakać. 956....949.....849.....763.....670..... Liczyła, liczyła, aż w końcu wiadro było pełne. Oddychała nierówno, trzęsąc się cała.

-Mamo.....-Zaczęła wołać cicho przerażona, kiedy ktoś dotknął jej twarzy, podniosła głowę i spojrzała na twarz swojego oprawcy, który śmiał się cicho.

-KOTORI! Chcę więcej!- Krzyknął Yamori, śmiejąc się psychicznie. -No już! Błagaj o śmierć! Powiedz że chcesz zginąć! Ulży ci! -Mimo to ciągle w jej sercu biła nadzieja na wolność i to, że jeszcze zobaczy Hyaku. Dla tego nie chciała się poddać, chciała żyć. Nie odezwała się, milczała, skomląc i płacząc. Bezwładnie wiła się na krześle, czując ból całego ciała, swoich palców, języka, obdartych ze skóry kostek i nadgarstków. Doktor, lekko zawiedziony jej brakiem odpowiedzi, odstawił wiadro i wziął do ręki słoik, z którego wyjął na oko wyjął 20 cm stonogę.

-Wiesz co to za stonoga? -Spytał pokazując jej wijące się zwierze, pomachała głowa na nie, a on uśmiechnął się i zaczął bawić się zwierzęciem. -To Chińska Stonoga, jeden z największych żyjących gatunków..... Nie będziesz zła jeśli włożę ci ją do ucha?-Zaśmiał się i zbliżył zwierze do jej małżowiny.

-Proszę, nie......Błagam! -Krzyknęła kiedy Yamori wsadził zwierzę do jej ucha. Dziewczyna zareagowała krzykiem, odczuwając ogromny ból, jakby coś wierciło jej w głowie od środka. Zaczęła tupać nogami, rwać się, dając upust łzą.
-Zabij mnie! Zabij! Błagam! Zabij! -Krzyczała mając tego dość.
-Tak, tak! Zabiję! Zabiję! Zabiję! -Śmiał się psychicznie, patrząc na Kotori rozbawionym wzrokiem......Czas mijał, minuta za minutą, godzina za godziną, dzień za dziniem, a ona z czasem przyzwyczaiła się tak bardzo do bólu, że przestała go odczuwać. Wyrywanie zębów, włosów, oskórowywanie, palenie żywczem, wyrywanie piór, łamanie kości, wykręcanie kończyn, już nic ja nie bolało. Jednak gfekty tortur bardzo uwidaczniały sie na jej ciele, wiele blizn, czarne paznokcie, białe jak śnieg włosy, które wysiwiały od stresu.
-Kotori.....Wiesz podczas tego tygonia, zrozumiałem jedno. -Yamori podszedł do białowłosej, która nawet nie raczyła podnieść na niego wzroku. -Nie tylko twoje ciało jest silne, ale i psychika. Więc proszę! -Nagle dwuch wartowników wrzuciło do sali zniązaną matkę i dziecko. Kotori spojrzała na nich przerażonym wzrokiem.
-Oto Kobieta! I dziecko! Matka i syn! Jedno z nich zginie, a ty wybierzesz kto.....-Uśmiechnoł się i nachylił sie do niej, by szepnąć do jej ucha. -Jeżeli nie wybierzesz nikogo, zginą oboje. -Wyszczeżył swoje białe zęby w obrzydliwym uśmiechu. Dziewczyna patrzyła na wijącą sie dwójkę zaskoczona i wystraszona, nie mając pojęcia co zrobić. -No to ujmę to inaczej....Kogo chcesz uratować? -Spytał podchodząc do dziecka, łapiąc je za szyję i unosząc wysoko, do góry zaczoł miażdżyć jego krtań. -HYMMM?! To jak? Może być on?! -Śmiał się, zaciskając coraz mocniej rękę.
-Jeśli masz kogoś zabijać, to zabij mnie! -Krzyknęła ze łzami w oczach.
-Rozumiem.....-Odparł, zabijając dziecko, a następnie matkę. W tym momencie coś w niej pękło. Zrozumiała, że świat jest pełen niesprawiedliwości. "Lepiej być krzywdzonym, niż zranić innych", bzdura, aby coś uratować, trzeba poświęcić coś innego, a dając się krzywdzić nic nie zdziałamy.
-Ty gno*u! -Wydarła sie nagle, zaczynając rwać się i szarpać, wyklinając na niego na prawo i lewo.
-Nie szarp się tak.....Nie ma i dla ciebie nadzieji, za raz i tak zginiesz.....-Zaśmiał się i podszedł do niej powoli.-Mutanci wywołali bunt i za raz tu będą, wiec muszę cię zabić....- Spojrzał w jej chłodne oczy, zapadła cisza, którą przerwała ona.
-Nadzieja jeszt zawsze, bo to ona umiera ostatnia......Jesteś taki żałosny Yamori. -Uśmiechnęła się nagle i zrywając się z kajdan, naskoczyła na jego plecy. Łańcuch który do tej pory krępował jej ręce, teraz owijał jego szyję, zacisnęła go mocniej, zaczynajac go dusić.
-Pie***l się..... -Warknęła i odskoczyła z lekkością, patrząc mężczyznę, na którego szyi przed sekundą rozerwała kajdany.
-Ty mała.....-Zaczoł wyjmując pistolet, parę strazłów padło w jej stronę, uniknęła ich bez problemu i w sekundę znalazła sie przy nim, wcześniej łapiac za skalpel leżący na stoliku i wbiła mu go w miejsce gdzie powinna znajdować się śledziona. Yamori upadł na ziemię, zaczynając bardzo mocno krwawić. Nagle usłyszała huk i parę mutantów wbiegło do sali, zdezoriętowana spojrzała w tamtą stronę, widząc Hyaku i paru innych chłopaków, jej oczy stały się szklane. Chciała wuszyć do niego biegiem, ale poczuła ukłucie w ogonie, przekierowała wzrok w tamtą stronę, to jej napastnik wbił igłę z jakimś płynem w jej ciało, wprowadzając substancję do jej krwioobiegu. Pierwsze co poczuła to watę w nogach, upadła na ziemię, czując ból rozchodzący sie po jej ciele, jej przyjaciel podbiegł do niej szybko i łapiąc jej słabe ciało w ramiona, spojrzał w jej oczy.
-Kotori?! -Krzyknoł, potrząsając nią lekko.
-Hyaku? Źle się czuje.....-Szepnęła patrząc na niego zamglonymi oczyma, ledwo łapiąc oddech. -To boli.....-Dodała, dotykając zimną dłonią jego twarzy, a w jej oczach zebrały sie łzy.-czy ja umrę? -Spytała, po jej bladej skórze spłynęła łza, która następnie spadła na ziemię.
-Cicho już cicho, będzie dobrze, przeżyjesz..... -Jego głos był zduszony, słychać było że powstrzymywał się od łez.
-Hyaku! To chyba jest odtrutka! -Usłyszała głos innego mutanta, który za raz był przy nich. Smok szybko pozbył się korka fiolki i wlał płyn do ust dziewczyny w stanie agonii.
-Nie oddycha.....Hyaku ona już.....- Zaczoł jeden z mutantów, ale nie dane było mu skończyć.
-Nawet nie kończ! Obudzi się! -Ryknoł, tuląc ciało Kotori do siebie. Czekał tak, a czas dłużył mu się niemiłosiernie, jednak nie tracił nadziei, na zobaczenie jeszcze raz uśmiechu swojej małej przyjaciółki, która już w pierwszej chwili ich spotkania, skradła jego serce.
-Obudź się.....Proszę.....Nie zostawiej mnie.....-Szepnoł, dajac upust łzą, kiedy ta zaczęła kaszleć, szybko podniusł ją do siadu i spojrzał z najzieją w jej oczy, otworzyła je i spojrzała na przyjaciela.
-Hyaku? -Spytała cicho, cała obolała. -Co sie stało? Czemu płaczesz? -Uśmiechnęła się delikatnie, a on bez zastanowienia poczłował ją czule......Mutantą udało zbiec się z więzienia, oraz uciec i schować sie przed ludźmi, którzy nigdy więcej na oczy nie widzieli mutantów. A uratowała ich nadzieja, która jak to mówią zawsze umiera ostatnia.....



 *Osumi- Skrót od jap. Osuminasai, co oznacza"dobranoc"
  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz