Muzyczka

wtorek, 15 listopada 2016

Kotori

~~ Nowy Początek - Kotori ~~


  "Krwawe więzienie" to miejsce powstałe w 2689 roku. Jak sama nazwa mówi jest to więzienie, jednak nie dla zwykłych przestępców czy kryminalistów. Krwawe więzienie powstało dla mutantów, którzy od lat nie dają ludzkości normalnie żyć. Mutanci, istoty pół ludzkie, powstałe w wyniku zarazy pewnym patogenem który wywołał wiele zmian w ludzkim kodzie genetycznym, przez co ludzie stawali się bardziej zwierzęcy, dzicy i nieprzewidywalni. Teraz legendy oraz baśnie o syrenach, wampirach, aniołach stawały się prawdą. Świat gdzie ludzie stali na samej górze łańcucha pokarmowego, zniknął i w jego miejsce powstał świat gdzie to ludzie są na równi ze świnią, a to mutanci, królują na szczycie. Mimo siły mutantów ludzie wygrywają z nimi swoją licznością. Zaczęto łapać mutantów potocznie zwanych "Aoi honō" co oznaczało błękitny ogień, będący symbolem Szatana. Następnie transportowano ich do Krwawego Więzienia i by nie buntowały się wprowadzano do ich organizmu specjalną truciznę która zabijała w ciągu tygodnia i aby przeżyć, Aoi hono muszą poddawać się okrutnym badaniom, walczyć miedzi sobą, brać udział w chorych grach, czy poniżać się i błaźnić dla rozrywki bogaczy aby zdobyć antidotum które pozwalało im żyć kolejny tydzień.

              Wielka, żelazna brama rozwarła swoje ramiona, otwierając jedyne wejście do Krwawego Więzienia. Aoi hono, zakłóci w kajdany przeszli przez mur, wchodząc na wielki plac więzienny, stukot pazurów, kopyt i butów zakłócił panującą tam grobową ciszę. Mutanci ustawili się w szeregu, rozległ się huk, to brama zwana bramą Końca zatrzasnęła się, niszcząc całkowicie nadzieję na wolność skazańców. Ponownie zapadła cisza, nikt nie widział już dla siebie nadziei, w końcu trafili do piekła, na które nie zasłużyli. Nagle drzwi przedsionku więzienia, otworzyły się z trzeszczeniem, grupa ludzi stanęła na przeciwko mutantów, śmiejąc się pod nosem z ich nieświadomości. Główny celnik wyszedł na środek, rozwinął długą listę, zaczynając czytać imiona i nazwiska skazańców, oraz zarządzać do której celi mają zostać przydzieleni. "Kotori Suzuya" Celnik wyczytał imię młodej, na oko osiemnastoletniej, czarnowłosej dziewczyny, o pięknych zielono-szmaragdowych oczach i bladej cerze, wysokim wzroście, oraz szczupłej sylwetce. Jej związane łańcuchami, czarne jak węgiel skrzydła sięgające aż do ziemi, poruszyły się niespokojnie. Dziewczyna uniosła wzrok, ze swoich glanów i spojrzała na mężczyznę oczami mordercy, następnie wyszła z szeregu i wykrzywiając głowę jak jaszczurka, zatrzymała się tuż przed nim. Mężczyzna, przełknął ciężko ślinę, a zimny pot oblał całe jego plecy. Gdyby go zaatakowała, on skończyłby najwyżej jako mokra plama.

-Cela SSA365, piętro SS. -Zarządził donośnym głosem, odzyskując zimną krew. Skinąwszy na dwojga wartowników, mężczyźni podeszli do młodej Aoi hono i łapiąc za łańcuch jej kajdan, pociągnęli za sobą, wprowadzając ją do więzienia. Szli w ciszy, przez kręte korytarze, Kotori powoli zaczęła się domyślać, że nie idą do jej celi, a to oznaczało, że idzie na "naznaczenie".  Zaniepokojona tym faktem, zaczęła stawiać bardziej nerwowe kroki. Po chwili stała już przed niepokojącymi ją białymi drzwiami. Wartownicy wprowadzili ją do środka, wielkiego białego pomieszczenia którego jedynym elementem wyposażenia, było ciężkie metalowe krzesło i stół z przeróżnymi dziwnymi przyrządami. Siła posadzoną ją na krześle i przykuto do niego, zaczęła się rwać i szarpać, patrząc na śmiejących się mężczyzn przerażonym wzrokiem.

-Nie rwij się tak! Uspokój się, to, tylko się poranisz. -Jeden z wartowników przestąpił z nogi na nogę, patrząc na dziewczynę ze spokojem. Otworzyła usta by coś powiedzieć, lecz w tym momencie do sali wszedł wysoki, silnie zbudowany mężczyzna w białym kitlu. Kotori wstrzymała oddech kiedy do niej podszedł.

-Taka młoda, szkoda.....-Doktor widocznie niezadowolony, chwycił w dwa palce jej podbródek i spojrzał w przerażone oczy Aoi hono. Odepchnął jej twarz, po czym podszedł do stołu i wziął kawałek rozżarzonego do czerwoności metalu.

-Jaki ma numer? -Skierował swoje słowa do wartowników, nie spuszczając wzroku z przerażonego mutanta.

-SSA365......-Zaśmiał się pod nosem jeden z tych wstrętnych sadystów. Doktor nic nie odpowiedział, tylko podwinął lekko bluzkę dziewczyny i przyłożył metal do jej skóry. Kotori wydała z siebie krzyk, a w jej oczach pojawiły się łzy. Ból wypalania skóry był niewyobrażalnie wielki, a ten sadystyczny doktor, robił to jak najbardziej powoli i boleśnie.

-Przestań! Błagam! Przestań! -Krzyknęła dziewczyna, dławiąc się własnymi łzami, jednak nikt tu nie przejmował się jej prośbami. Chłopak ponownie przyłożył metal do jej skóry, przyciskając go powoli. Kotori, zaczęła się szarpać i krzyczeć jeszcze bardziej, jednak na nic. Po dłuższym czasie doktor skończył wypalać jej numer, a ona zdyszana i zapłakana bezwładnie opadła na krzesło. Doktor, odłożył metal i wziął do ręki grubą igłę z dziwnym fioletowo-niebieskim płynem w środku. Mutantka nie miała siły nawet się sprzeciwić, pozwoliła sobie wpuścić cały płyn do jej ciała. Wtedy wartownicy odpięli jej kajdany od krzesła i brutalnie szarpnęli nią, by wstała. Zrobiła to posłusznie i ruszyła za nimi powoli, zmęczona i skrzywdzona. Wartownicy ciągnąc ją za łańcuchy, wprowadzili ją na piętro SS, znajdujące się głęboko pod ziemią, mijała wiele cel z innymi męskimi mutantami którzy krzyczeli i gwizdali na jej widok, zachowując się jak zwierzęta na widok mięsa. Nie dziwiła im się w końcu była tu jedyną kobietą, jako mutant, ale też w personelu więzienia nie pracowała żadna kobieta. Za chwilę Kotori stanęła tuż przed swoją celą. Mężczyźni rozkuli jej nogi i ręce, po czym wepchnęli ją do celi, zamykając ją za nią na klucz. Dziewczyna osunęła się na zimną, wilgotną posadzkę, oddychając ciężko. Zmęczonym wzrokiem rozejrzała się po ciasnej, zimnej celi. Stały tu tylko dwa metalowe łóżka, bez materaca, tylko z pojedynczym, cienkim kocem. Ściany już na pierwszy żyt oka były przemarznięte i mokre, a gdzie-nigdzie porastał je dorodny grzyb. W celi nie było nawet zlewu, czy w ogóle światła, którego jedynym źródłem była słaba lampa na korytarzu. Dziewczyna wstała powoli i położyła się obolała na jednym z łóżek, trzęsąc się z zimna. Ciepła para, wydobywała się z jej ust, przy każdym oddechu, przyłożyła zmarznięte ręce do twarzy by ogrzać, je ciepłym powietrzem. Kiedy do jej uszu dobiegł stukot butów, a nagle za nią rozległ się huk i ktoś wszedł do celi, spojrzała, zmęczonym wzrokiem za siebie, który utkwiła w postaci zaskoczonego chłopaka.

-Hej......Co ty tu robisz? -Podszedł do swojego łóżka i usiadł na nim, wpatrując się w zmarzniętą Kotori. Dziewczyna, podniosła lekko bluzkę pokazując mu numer wypalony na jaj boku.

-Ymmm? Czyli mam koleżankę.....Wiesz, pierwszy raz widzę mutanta, który byłby dziewczyną. -Chłopak położyła nogę na nogę i wziął koc ze swojego łóżka, który złożył na pół, a następnie, nakrył nim przemarzniętą Kotori. -Mam na imię Hyaku, a ty jesteś......? -Przyjrzał się jej zielonym oczom, Hyaku był wysokim, dobrze zbudowanym chłopakiem, miał czarne włosy i tego samego koloru oczy. Z głowy wyrastały mu rogi, a z pleców skrzydła podobne układem do nietoperza i łuskowaty długi ogon. Jego ręce były pokryte łuską, a paznokcie przypominały pazury. Prawdopodobnie jego nogi również tak wyglądały. Ubrany był w czarne rurki, glany, białą  gładką bluzkę i czarną, grubą kurtkę z kapturem.

-Kotori.....-Powiedziała cicho dziewczyna, wtulając się w koc. -Ty przyszedłeś tu sam? -Spytała nagle wpatrując się w niego, podejrzliwie, w końcu, jak ona był mutantem, a według zasad mutanci sami nie mogą chodzić po więzieniu.

-Tak, jak nie rozrabiasz możesz chodzić swobodnie po wiezieniu, oczywiści tylko po tym piętrze, bo przejście na inny sektor jest całkowicie nam zakazane. -Hyaku usiadł na skraju łóżka dziewczyny i sięgnął do jej związanych skrzydeł. Zaczynając coś grzebać przy łańcuchu.

-Hej, co ty robisz?!-Zbulwersowała się dziewczyna, próbując mu się wyrwać, jednak kiedy to zrobiła poczuła, że jej skrzydła nie są już związane, spojrzała zaskoczonym wzrokiem na chłopaka, który trzymał rozerwany łańcuch. Ten uśmiechnął się do niej lekko, a na jej twarzy było widać zakłopotanie.

-Dziękuję.....-Szepnęła i z powrotem usiadła na łóżku , wchodząc pod koc. Hyaku, położył łańcuch na ziemi i obdarzył dziewczynę lekkim uśmiechem. -Ile już tu jesteś? -Kotori spojrzała w kobaltowe oczy chłopaka, owijając swoje zmarznięte ciało skrzydłami.

-Prawie rok.....W sumie, nie jest tu tak źle.....-Hyaku rozciągnął mięśnie swoich silnych barków, ziewając głośno, ukazując swoje długie kły. Dziewczyna, spojrzała zafascynowana, na chłopaka który przypominał jej smoka.

-O co chodzi z tymi piętrami i czymś zwanym "Akumą"? -Aoi hono spojrzała na towarzysza, przypominając sobie zasady które tłumaczona im podczas drogi do więzienia, jednak ona wtedy nie za bardzo słuchała tego co do niej mówiono.

-Chyba nie zbyt dokładnie słuchałaś zasad co? -Chłopak zaśmiał się pod nosem, trzepocząc swoimi długimi, ostrymi uszami.

-N-Nie......- Kotori nieświadomie zaczęła wpatrywać się w Hyaku, który bardzo ja ciekawił, w końcu wszyscy tutaj wyglądali na bardziej zmutowanych niż ona.....

-Więc posłuchaj uważnie, całe więzienie dzieli się na 7 pięter, na pierwszym jest cała administracja i laboratoria, a dopiero poniżej w ziemi, cele. Cele dzielą się na typy L, H,D,A S i SS. A nazwane są tak od stopnia zainfekowania i mutacji. L Czyli Lion, to najmniej groźny stopień, oni są tuż pod administracją, pod nimi są cele H czyli Harpies, są groźniejsze od typu L. Jeszce niżej są cele D czyli Drako, silniejsze od Harpies. Później, na piątym pietrze znajduje się typ A czyli Akumy, są silne, ale słabsze od typu S położone na szóstym pietrze. No i my, najbardziej zainfekowani i najgroźniejsi, na samym dnie typ SS.....Rozumiesz? -Hyaku, spojrzał ze spokojem na zielonooką, która siedziała pogrążona we własnych myślach. Chłopak lekko szturchnął ją, tym samym wyrywając ją z zamyślenia. Dziewczyna, lekko spłoszona, zamrugała parę razy i uśmiechnęła się lekko.

-Ty mnie w ogóle słuchałaś? -Hyaku westchnął cicho.

-Tak, ale mój stopień infekcji nie jest duży, a jednak trafiłam tutaj.....-Przyznała, podpierając głowę na rękach, wpatrując się w obdartą z tynku ścianę.

-Może, jeszcze mutujesz? -Spytał, próbując znaleźć wzrokiem punkt w który tak wpatruje się Kotori. Dziewczyna westchnęła cicho i opadła bezwładnie na łóżko, co nie było dobrym pomysłem, gdyż uderzyła o twardy metal. Stęknęła pod nosem i wypuściła ze świstem powietrze, zaciskając zęby.

-Uważaj.....-Smok pomachał rozbawiony ogonem i poprawił jej koc, który spadł jej z nóg. Uśmiechnęła się do niego lekko, a on odwzajemnił gest. -Jak myślisz która godzina? -Spytał Hyaku, wstając i podchodząc do swojego łóżka, następnie kładąc się na nim.

-Nie wiem.....Chyba koło 20.....-Kotori, zamknęła zmęczone oczy, wtulając się w swój koc.

-Pewnie tak.....-Chłopak, również zamknął swoje oczy i rozłożył swój koc, przykrywając się nim. -Radzę ci iść spać, jeżeli rano chcesz się umyć w ciepłej wodzie.

Dziewczyna otworzyła lekko oczy, patrząc na Hyaku ze spokojem

-Co masz na myśli? -Zadała pytanie, próbując się ułożyć, na nie wygodnym metalu.

-Na całe piętro jest jeden bojler, który ogrzewa wodę, a mamy tu około 250 mutantów. -Chłopak wtulił się w koc, jego głos stał cię cichy i ospały, a oddech spokojny i miarowy. Kotori już nic nie odpowiedziała, próbując zasnąć. Jednak zimno, oraz niewygodne posłanie czy też to okropne wilgotne powietrze, to niebyły idealne warunki do snu. Całą noc miotała się z boku na bok i szczękała zębami z zimna, nie mogąc ani na chwilę zmrużyć oka. Zmęczona dźwignęła się z zimnego łóżka i spojrzała w stronę, śpiącego Hyaku. "Wygląda słodko, gdy śpi....." Pomyślała, uśmiechając się do siebie.

-Kotori? Czemu nie śpisz? -Spytał nagle chłopak, podnosząc się na łokciach, patrząc zaspanym wzrokiem na czarnowłosą. Ziewnął przeciągliwie, nie zasłaniając ust, jego ogon spadł z łóżka, płożąc się po ziemi, podobnie jak skrzydła. Kotori, zamrugała parę razy zaskoczona sytuacją, dopiero po chwili zdając sobie sprawę z tego, że milczy od dłuższego czasu.

-Ja, nie mogę zasnąć.....- Powiedziała pośpiesznie, a jej policzki zaróżowiły się lekko. Odwróciła wzrok, wbijając go w podłogę, która nagle stała się bardzo interesującym obiektem.

-Ehhhh......-Westchnął głośno. -Chodź, może jak się przytulisz to zaśniesz.....W końcu jeszcze dziecko z ciebie. -Wyszczerzył białe kły w uśmiechu, tym samym przyprawiając ją o jeszcze większy rumieniec na twarzy, po chwili wstała, owinięta w koc podeszła do Hyaku i usiadła na skraju łóżka. Chłopak wstał i położył swój koc jako prześcieradło, ona położyła się jak najbliżej jednego końca, a on powtórzył po niej czynność, okryła go częścią swojego koca. Smok, lekko objął jej barki i ramiona, tuląc do swojej klatki piersiowej. Kotori trochę speszona, również owinęła ręce w około jego pasa i  zamknęła ciężkie od zmęczenia powieki.

-Osumi*.....-Usłyszała jedynie, za nim oddała się w objęcia morfeusza....

"Kotori, Kotori.....Kotoriiii" Dziewczyna usłyszała głos Hyaku nad sobą. Uchyliła zaspane powieki i spojrzała na kruka nieprzytomnym wzrokiem.

-Hymmm? -Wydobyła z siebie jęk i przeciągnęła mięśnie ramion.

-Wstawaj! Bo zaraz ciepłej wody zabraknie! -Chłopak pomachał nerwowo ogonem, spojrzała na niego i ziewnęła przeciągliwie, wstała bez pośpiechu i ubrała swoje glany, przeczesała ręką czarno-krucze włosy. Nadgarstkiem prawej ręki przetarła oko, pociągnęła nosem z zimna, nagle zatrzęsła się lekko, dostając tak zwanej gęsiej skórki. Wstała energicznie i spojrzała na Hyaku z uśmiechem.

-No to chodźmy. -Powiedziała, ukazując swoje białe siekacze, chłopak podszedł do drzwi i otworzył celę, po czym przepuścił ją pierwszą, jak przystało na dżentelmena. Kotori skrzyżowała ręce na piersiach i z uniesioną głową wyszła na korytarz. Usłyszała trzaśnięcie, a smok staną koło niej, szczerząc się jak głupi do sera.

-Proszę za mną.....Księżniczko. -Zadrwił z jej dumnej postawy i ruszyli w stronę łazienki. Większość mutantów spała jeszcze w swoich celach, tak więc na korytarzu panowała grobowa cisza, którą przerywał stukot podeszew ich butów o zmarznięty kamień, oraz ciche popiskiwania szczurów. Stężały zapach grzyba i wilgoci unosił się w powietrzu, Kotori kaszlnęła podrażniona nadmiarem wilgoci, oraz ponownie się zatrzęsła. Mimo wszystko, cienki czarny top nie dawał za dużo, nie mówiąc już o tego samego koloru, podartych na kolanach dżinsach. Hyaku westchnął cicho i rozpoił swoją kurtkę, po czym odchylając jej część przylegającą do tułowia i schował pod nią dziewczynę, jednocześnie obejmując ją ręką. Spojrzała na niego wdzięcznie i wtuliła się w jego ciepły tors, chcąc jak najszybciej się ogrzać. Po chwili stanęli przed starymi, zniszczonymi, drewnianymi drzwiami, chłopak otworzył je, a im oczom ukazało się dużej wielkości pomieszczenie, wyłożone starymi, już zniszczonymi białymi kaflami, znajdowało się tam parę zlewów, oraz kabiny prysznicowe i toaletowe. W środku znajdowało się paru mutantów. Kotori lekko wystraszona ich wzrokiem na sobie, mocniej wtuliła się w Hyaku, a on by dodać jej pewności ścisnął trochę mocniej rękę na talii dziewczyny.

-Hyaku? Czy ja dobrze widzę? Masz współlokatora i to kobietę? -Odezwał się mutant wyglądem przypominający humanoidalną jaszczurkę. Chłopak oblizał swój pysk i podszedł do nowo przybyłej, pochylił się i przyjrzał się jej dokładnie. -Ymmm? Ślicznotka. -Dodał, wyciągając swoją łapę, by ją dotknąć, kiedy Hyaku owinął dziewczynę skrzydłem i odskoczył ciągnąc ją za sobą, patrząc groźnie na mutanta.

-Nie dotykaj jej.....-Smok wyszczerzył wściekły swoje kły i spojrzał w oczy zaskoczonej Kotori. Nagle złagodniał, ukazując spokój i czułość w oczach.

-Hyaku? Zakochałeś się? A podobno jesteś taki nieczuły.....-Dołączył się kolejny, wyglądem przypominający geparda.

-Nie zakochałem się....! -Krzyknął speszony, rumieniąc się na policzkach, puszczając dziewczynę ,która pod wpływem odrzutu, uderzyła plecami o ścianę. Chłopak spojrzał na obolałą, zmarzniętą dziewczynę. Dopiero teraz zwrócił uwagę jak bardzo chuda była.

-Kotori! przepraszam! Nic ci nie jest. -Przyjaciel dziewczyny od razu zjawił się obok i pogładził delikatnie jej głowę. Bez słowa przytuliła się do niego, znowu trzęsąc się z zimna. -Chodź, umyj się w ciepłej wodzie, rozgrzejesz się. - Szepnął,  skinęła lekko głową na znak zrozumienia i poszła do jednaj z kabin, którą zamknęła za sobą. Kotori nigdy nie miała szczęśliwego życia, więc takie traktowanie było dla niej normą, nie znała, czułości i ciepła. Zawsze poniewierana i samotna, dla tego więc też tak szybko zaufała Hyaku, który jako jedyny do tej pory, okazał jej ciepło i zrozumienie..... Po kąpieli dziewczyna wyszła z kabiny, ubrana w stare ciuchy. Smok podszedł do niej i okrył ją czarną, trochę znoszoną, ciepłą, męską bluzą. Była na nią o wiele za duża, zaskoczona, spojrzała mu w oczy, a on tylko uśmiechnął się czule.

-Proszę, to dla ciebie, może trochę znoszona, ale przynajmniej będzie ci cieplej. -Przestąpił z nogi na nogę i nagle zaskoczony spojrzał za dziewczynę.

-Coś nie tak? -Zapytała, spoglądając w tą samą stronę, a jej oczom ukazał się długi ogon, opierzony paroma wielkimi piórami na końcu. Wystraszona podskoczyła i podbiegła do lustra. W którym ujrzała swoją cała sylwetkę. Długi ogon, ciągnął się po ziemi, oczy nadal koloru szmaragdowego, miały kocie, nienaturalne źrenice, a skrzydła wydały jej się jeszcze bardziej masywne i opierzone. Nogi od kolan, przypominały ptasie, opierzone skoki. Szybko zdjęła buty, jej stopy teraz były oszponionymi, łuskowatymi łapami, przypominające wyglądem orle szpony. W oczach Kotori zabrały się łzy, czym zawiniła temu światu, by tak ją pokarano?  Teraz zdawało jej się, że gorzej już być nie mogło. Ukryła twarz w dłoniach i bezwładnie opadła na ziemię, dając upust łzą. Hyaku podszedł do niej i przykucnął, tuląc ją lekko do swojej piersi. Ścisnęła rękoma jego kurtkę i schowała się w jego ramionach, łkając cicho, boleśnie. Czarnowłosemu krajało się na ten widok serce, bo jak każdy nie chciał aby ktoś dla niego ważny, cierpiał. Tkwili tak chwilę, do puki ona nie skończyła ronić łez.

-Kotori? -Odsunął ją lekko i spojrzał w jej szklane od łez oczy. -Powinnaś coś zjeść....Chodź, pójdziemy na stołówkę. -Dodał i pociągnął ją do siebie, wstając jednocześnie.

-Nie chcę jeść....-Skłamała, spuszczając wzrok, patrząc w ziemię. Smok chwycił jej podbródek i uniósł tak, aby patrzyła w jego oczy, a następnie przybliżył się niebezpiecznie blisko jej twarzy.

-Zjesz, czy tego chcesz czy nie.....Nie pozwolę ci się zagłodzić. -Wypowiedział te słowa w sposób co najmniej przerażający, patrząc na nią ostro. Nic nie odpowiedziała, przełykając głośno ślinę. Podkuliła lekko ogon i skinąwszy głową, powoli odsunęła się od niego.

-Nie odbierz tego źle.....Po prostu mimo, że znam cię może dzień, czuję jakbym znał cię całe życie i nie chcę twojej krzywdy. -Przyznał, poprawiając bluzę na jej barkach. -Będzie trzeba ci wyciąć dziurę na skrzydła. -Zauważył, zmieniając temat. Poprawił swoją grzywkę, która opadła mu na oczy i łapiąc dziewczynę za rękę pociągnął ją w stronę stołówki. Stołówka, jak stołówka, wielka hala z masą stołów, krzeseł i bar w którym wydawano jedzenie, oraz zapisywano, kto już jadł, a kto jeszcze posiłku nie otrzymał.  Kotori wraz z Hyaku podeszła do baru i spojrzała na młodego mężczyznę, stojącego nad listą.

-Kotori Suzuya....- Powiedziała dość cicho, kiedy podniósł na nią wzrok swoich błękitnych oczu.

-Jasne.....Ty według programu masz specjalną dietę.....Poczekaj, za raz ci przyniosę. -Powiedział spokojnie blondyn, znikając w kuchni, po chwili wychodząc z niej. W rękach trzymał  papierowe pudełko. Podszedł do mutantki i podał jej jedzenie. Wzięła je bez słowa i poszła dalej, wzięła sztućce i zaczekała na Hyaku, który właśnie szedł w jej stronę z tacą na której znajdował się jego posiłek.

-To gdzie usiądziemy? -Spytała, machając końcówką swojego ogona, wpatrując się w chłopaka.

-Chodź tam..... -Wskazał głową na jeden z mniej uczęszczanych stołów. Ruszyli razem w tamtą stronę, a ona czuła na sobie wzrok innych Aoi hono. Przystąpiła krok bliżej do Hyaku.

-Nie bój się.....Jestem tu. -Nachylił się do jej ucha, mówiąc to tak aby tylko ona to usłyszała. Usiedli razem przy stoliku, rozkładając się z jedzeniem. Kotori otworzyła papierowe opakowanie w którym, znajdował się kawałek mięsa, przypominający wołowinę. Zaskoczona, wbiła w mięso widelec, próbując bez skutecznie je pokroić.

-AAAAAA! To jest nie do pokrojenia.....- Zdenerwowała się i rzuciła sztućce na talerz, krzyżując ręce na piersiach. 

-To to nabij i gryź..... -Zaśmiał się Hyaku, kończąc już swój posiłek, dziewczyna tylko westchnęła i tak jak poradził jej przyjaciel nabiła mięso na widelec, zaczynając żuć, gorzkie, suche, żyłowate mięso. Z trudem przełykała kęsy, krzywiąc się, oraz prawie wymiotując.

-Może tego nie jedz.....-Zaproponował chłopak, głaszcząc ją po plecach.

-Nie, zjem......-Odparła, biorąc kolejny okropny kęs mięsa do ust. Po dłuższej chwili, skończyła posiłek i opadła na oparcie od krzesła. Była zmęczona i zniesmaczona. Siedziała tak dłuższą chwilę, a kiedy właśnie miała wstać i wyjść, rozległ się dźwięk megafonu.

-Numer SSA365, proszony o zgłoszenie się do administracji. -Kotori wystraszona tym komunikatem, spojrzała na Hyaku, chłopak również był zaskoczony. Jednak szybko się otrząsnął i złapał dziewczynę za rękę.

-Musisz szybko tam pójść. -Rzucił tylko, wybiegając z nią z sali, ciągnąc ją w stronę administracji.

-Czemu? Hyaku, o co chodzi? -Spytała, zapierając się, tym samym zmuszając go do zatrzymania się w miejscu, spojrzała mu w oczy. Chłopak tylko przytulił ją do siebie i schował twarz w jej włosach.

-Kotori? Nie jest ci to podejrzane? Trafisz gdzieś, gdzie nie powinnaś, dostajesz inne jedzenie, nikt cię nie pilnuje? - Jego głos był zduszony i cichy.

-Nie rozumiem.....Co masz na myśli? - Skamieniała wystraszona.

-Nie wiem, ale to nie będzie nic przyjemnego.... -Oddalił swoją głowę by spojrzeć w jej oczy. -Wiem tylko tyle, że jeżeli nie dojdziesz tam jak najszybciej, będzie tylko gorzej. -Dodał i wypuścił ją z objęć. -Musisz iść.... -Popchnął ją lekko i ruszyli dalej. W końcu doszli do administracji, Kotori podeszła do biurka, za którym siedział wysoki mężczyzna.

-Miałam się tu zgłosić..... - Zaczęła czując zimny pot na plecach.

-Tak, usiądź tu i zaczekaj. -Mruknął jakby zniesmaczony jej obecnością. Jak kazał, usiadła niespokojnie na krześle Usiadła zaniepokojona na krześle obok Hyaku, który objął objął ją ramieniem.

-----siadła niespokojnie na krześle -Spokojnie, będzie dobrze.....-Spróbował ją uspokoić, jednak na niewiele się to zdało. Zwiesiła głowę i spojrzała w ziemię. Kiedy czekamy, czas bardzo mocno się dłuży, co odczuwała też zielonooka, z każdą chwilą denerwując się coraz bardziej. W końcu do pokoju weszli wartownicy z kajdanami.

-Kotori Suzuya? -Podeszli do niej.

-Tak....O co chodzi? -Spytała, wpatrując się wystraszona w kajdany.

-Zabieramy cię na badania..... -Powiedzieli to najspokojniej na świecie, wstała powoli, a oni spięli ją kajdanami za plecami. Uśmiechnęła się na pożegnanie do Hyaku i wyprowadzona przez strasz, wyszła na korytarz. Szli w zupełnie nie znaną jej stronę, aż nie stanęli przed metalowymi drzwiami, wyglądem przypominającymi te do sejfu w bankach. Wprowadzono ja do środka, wielkiej hali o wysokim suficie w kształcie kopuły. Podłoga była kafelkowana, w wzór szachownicy. Na środku stało jedynie drewniano-metalowe krzesło z łańcuchami i kajdanami. Już sam widok drzwi wydawał jej się podejrzany, ale teraz już wiedziała, że Hyaku miał rację. Posadzono ją na krześle i związano jej od tyłu ręce łańcuchem, który poprowadzono pod krzesłem, a następnie skuto jej nim nogi. Jej ogon i skrzydła przykuto do krzesła, tak by nie mogła nimi ruszyć, a następnie wyszli. Czuła jak przerażenie rozchodzi się po całym jej ciele, obezwładniając ją, paraliżując. Nagle usłyszała huk, i czyjeś kroki, oraz dźwięk kółek wózka. Podniosła wzrok ze swoich łap i spojrzała na tego samego doktora, który wcześniej wypalił jej numer na boku. Zaczęła się szarpać, a w jej oczach zebrały się łzy. Mężczyzna brutalnie złapał ją za szyję i ścisnął mocno, patrząc w jej oczy. Kotori łapczywie łykała powietrze ustami, jednak nie wiele to dawało, zaczęła się dusić, tym samym zaczynając nieudolną próbę uwolnienia się.

-Witaj z powrotem......Kotori. -Uśmiechnął się psychicznie i puścił ją, opadła na krzesło, oddychając ciężko.

-Czego chcesz? -Warknęła wściekle, patrząc groźnie w oczy mężczyzny.

-Kotori? Czy wiesz co wystrzyknąłem ci pierwszego dnia? Albo co zjadłaś dzisiaj na obiad? -Spytał jakby rozbawiony, biorąc pustą igłę z wózka, zaczynając nabierać jakiś płyn z fiolki.

-Truciznę.......I mięso. -Odparła nieświadoma.

-Ta trucizna powinna była zabić cię w przeciągu godziny, a ty nadal żyjesz i czujesz się świetnie, za to moje inne króliki wyzdychały już po najwyżej dwóch godzinach od podania trucizny. Postanowiłem dać ci większą dawkę w jedzeniu razem z lekami odurzającymi, ale tobie nic nie jest......Kotori, jesteś wyjątkowa, masz niesamowite zdolności regeneracyjne i obronne. A ja chcę się dowiedzieć o tym więcej....-Zaśmiał się pod nosem. -Wiesz, że Aoi hono, na twoim etapie mutacji zwykłe metale nie mogą nic zrobić? Tym samym nie możliwe jest wbicie igły w twoją skórę.....-Powiedział, patrząc pod światło na strzykawkę. Dziewczyna uśmiechnęła się pod nosem, zadowolona z tego co słyszy. -To jest substancja, która po wprowadzeniu do twojego ciała, sprawi, że będziesz tak samo słaba jak ludzie, jednak twoje zdolności pozostaną przy tobie.......I wiesz co? Od dawna szukałem miejsca, przez które można byłoby to wam podawać. -Uśmiechnął się, patrząc na nią podchodząc do niej bliżej.

-I takim miejscem jest źrenica! -Krzyknął psychicznie, szybkim ruchem wbijając dziewczynie igłę w oko, wprowadzając do jej krwi płyn. Krzyknęła głośno, zaczynając zapowietrzać się w  przerażeniu. Doktor powoli zaczął wyciągać igłę z jej oka, robiąc to jak najbardziej boleśnie. Z jej oka spłynęła krwawa łza, wpadając razem z strumieniem innych do jej ust. Krzyczała, dławiąc się własną krwią i gorzkimi łzami. Mężczyzna wyjął igłę i wyrzucił ją gdzieś za siebie. Ponownie podszedł do wózka i wziął z niego taboret, wiadro, ciemną chustę, oraz coś na kształt chwytaków ręcznych, trochę podobnych kształtem do kombinerek. Postawił taboret na ziemi, a obok niego wielkie metalowe wiadro.

-Zawsze kiedy zadam ci ból masz od 1000 poczynając odejmować co 7 w duł. Rozumiesz? -Spytał zawiązując chustę na jej oczach. Kotori zatrzęsła się przerażona, nagle czując zimny metal chwytaków na swoim palcu od stopy. -I jeszcze jedno.....Jestem Yamori..... -Zatrzasnął metal na jej palcu, miażdżąc go, a następnie wykręcając i wyrywając. Krew trysnęła po podłodze, a echo krzyku osiemnastolatki rozległo się po całej sali. Doktor wrzucił palec do wiadra, a następnie zrobił to samo z następnym, następnym i następnym, jej palce za każdym razem odrastały.

-Do ilu doliczyłaś? -Spytał nagle zapłakaną, roztrzęsioną dziewczynę.

-9.....900......970.....-Wyjąkała, sapiąc głośno.

-Dobrze.....Wiadro musi być pełne. -Dodał nagle, znów zaciskając metal na jej palcu, wydarła się, a z jej oczu spłynęła kolejna fala łez.

-963....-Jęknęła głośno, a opaska, ciężka od wilgoci jej łez spadła na jej szyję, spojrzała na swoje stopy, skóra na jej palcach była tak cienka, że mogła dostrzec mięśnie, a pazury na nich od ciągłego miażdżenia stały się czarne, w około było pełno krwi, skierowała wzrok na wiadro w którym znajdowało się parę, ledwo pokrywających dno jej palców. Jęknęła żałośnie i spojrzała błagalnym wzrokiem na doktora. Patrząc jak zaciska kolejny raz metal na niej. Krzyknęła, zaczynając się rwać i tupać nogami. Yamori wstał, śmiejąc się psychicznie.

-Denerwujesz mnie. -Zaśmiał się cicho i złapał chwytakami jej język, wyrywając jej go. Wydała z siebie coś na rodzaj krzyku, zamknęła szybko usta i zaczęła jęczeć z bólu, nie mogąc przestać płakać. 956....949.....849.....763.....670..... Liczyła, liczyła, aż w końcu wiadro było pełne. Oddychała nierówno, trzęsąc się cała.

-Mamo.....-Zaczęła wołać cicho przerażona, kiedy ktoś dotknął jej twarzy, podniosła głowę i spojrzała na twarz swojego oprawcy, który śmiał się cicho.

-KOTORI! Chcę więcej!- Krzyknął Yamori, śmiejąc się psychicznie. -No już! Błagaj o śmierć! Powiedz że chcesz zginąć! Ulży ci! -Mimo to ciągle w jej sercu biła nadzieja na wolność i to, że jeszcze zobaczy Hyaku. Dla tego nie chciała się poddać, chciała żyć. Nie odezwała się, milczała, skomląc i płacząc. Bezwładnie wiła się na krześle, czując ból całego ciała, swoich palców, języka, obdartych ze skóry kostek i nadgarstków. Doktor, lekko zawiedziony jej brakiem odpowiedzi, odstawił wiadro i wziął do ręki słoik, z którego wyjął na oko wyjął 20 cm stonogę.

-Wiesz co to za stonoga? -Spytał pokazując jej wijące się zwierze, pomachała głowa na nie, a on uśmiechnął się i zaczął bawić się zwierzęciem. -To Chińska Stonoga, jeden z największych żyjących gatunków..... Nie będziesz zła jeśli włożę ci ją do ucha?-Zaśmiał się i zbliżył zwierze do jej małżowiny.

-Proszę, nie......Błagam! -Krzyknęła kiedy Yamori wsadził zwierzę do jej ucha. Dziewczyna zareagowała krzykiem, odczuwając ogromny ból, jakby coś wierciło jej w głowie od środka. Zaczęła tupać nogami, rwać się, dając upust łzą.
-Zabij mnie! Zabij! Błagam! Zabij! -Krzyczała mając tego dość.
-Tak, tak! Zabiję! Zabiję! Zabiję! -Śmiał się psychicznie, patrząc na Kotori rozbawionym wzrokiem......Czas mijał, minuta za minutą, godzina za godziną, dzień za dziniem, a ona z czasem przyzwyczaiła się tak bardzo do bólu, że przestała go odczuwać. Wyrywanie zębów, włosów, oskórowywanie, palenie żywczem, wyrywanie piór, łamanie kości, wykręcanie kończyn, już nic ja nie bolało. Jednak gfekty tortur bardzo uwidaczniały sie na jej ciele, wiele blizn, czarne paznokcie, białe jak śnieg włosy, które wysiwiały od stresu.
-Kotori.....Wiesz podczas tego tygonia, zrozumiałem jedno. -Yamori podszedł do białowłosej, która nawet nie raczyła podnieść na niego wzroku. -Nie tylko twoje ciało jest silne, ale i psychika. Więc proszę! -Nagle dwuch wartowników wrzuciło do sali zniązaną matkę i dziecko. Kotori spojrzała na nich przerażonym wzrokiem.
-Oto Kobieta! I dziecko! Matka i syn! Jedno z nich zginie, a ty wybierzesz kto.....-Uśmiechnoł się i nachylił sie do niej, by szepnąć do jej ucha. -Jeżeli nie wybierzesz nikogo, zginą oboje. -Wyszczeżył swoje białe zęby w obrzydliwym uśmiechu. Dziewczyna patrzyła na wijącą sie dwójkę zaskoczona i wystraszona, nie mając pojęcia co zrobić. -No to ujmę to inaczej....Kogo chcesz uratować? -Spytał podchodząc do dziecka, łapiąc je za szyję i unosząc wysoko, do góry zaczoł miażdżyć jego krtań. -HYMMM?! To jak? Może być on?! -Śmiał się, zaciskając coraz mocniej rękę.
-Jeśli masz kogoś zabijać, to zabij mnie! -Krzyknęła ze łzami w oczach.
-Rozumiem.....-Odparł, zabijając dziecko, a następnie matkę. W tym momencie coś w niej pękło. Zrozumiała, że świat jest pełen niesprawiedliwości. "Lepiej być krzywdzonym, niż zranić innych", bzdura, aby coś uratować, trzeba poświęcić coś innego, a dając się krzywdzić nic nie zdziałamy.
-Ty gno*u! -Wydarła sie nagle, zaczynając rwać się i szarpać, wyklinając na niego na prawo i lewo.
-Nie szarp się tak.....Nie ma i dla ciebie nadzieji, za raz i tak zginiesz.....-Zaśmiał się i podszedł do niej powoli.-Mutanci wywołali bunt i za raz tu będą, wiec muszę cię zabić....- Spojrzał w jej chłodne oczy, zapadła cisza, którą przerwała ona.
-Nadzieja jeszt zawsze, bo to ona umiera ostatnia......Jesteś taki żałosny Yamori. -Uśmiechnęła się nagle i zrywając się z kajdan, naskoczyła na jego plecy. Łańcuch który do tej pory krępował jej ręce, teraz owijał jego szyję, zacisnęła go mocniej, zaczynajac go dusić.
-Pie***l się..... -Warknęła i odskoczyła z lekkością, patrząc mężczyznę, na którego szyi przed sekundą rozerwała kajdany.
-Ty mała.....-Zaczoł wyjmując pistolet, parę strazłów padło w jej stronę, uniknęła ich bez problemu i w sekundę znalazła sie przy nim, wcześniej łapiac za skalpel leżący na stoliku i wbiła mu go w miejsce gdzie powinna znajdować się śledziona. Yamori upadł na ziemię, zaczynając bardzo mocno krwawić. Nagle usłyszała huk i parę mutantów wbiegło do sali, zdezoriętowana spojrzała w tamtą stronę, widząc Hyaku i paru innych chłopaków, jej oczy stały się szklane. Chciała wuszyć do niego biegiem, ale poczuła ukłucie w ogonie, przekierowała wzrok w tamtą stronę, to jej napastnik wbił igłę z jakimś płynem w jej ciało, wprowadzając substancję do jej krwioobiegu. Pierwsze co poczuła to watę w nogach, upadła na ziemię, czując ból rozchodzący sie po jej ciele, jej przyjaciel podbiegł do niej szybko i łapiąc jej słabe ciało w ramiona, spojrzał w jej oczy.
-Kotori?! -Krzyknoł, potrząsając nią lekko.
-Hyaku? Źle się czuje.....-Szepnęła patrząc na niego zamglonymi oczyma, ledwo łapiąc oddech. -To boli.....-Dodała, dotykając zimną dłonią jego twarzy, a w jej oczach zebrały sie łzy.-czy ja umrę? -Spytała, po jej bladej skórze spłynęła łza, która następnie spadła na ziemię.
-Cicho już cicho, będzie dobrze, przeżyjesz..... -Jego głos był zduszony, słychać było że powstrzymywał się od łez.
-Hyaku! To chyba jest odtrutka! -Usłyszała głos innego mutanta, który za raz był przy nich. Smok szybko pozbył się korka fiolki i wlał płyn do ust dziewczyny w stanie agonii.
-Nie oddycha.....Hyaku ona już.....- Zaczoł jeden z mutantów, ale nie dane było mu skończyć.
-Nawet nie kończ! Obudzi się! -Ryknoł, tuląc ciało Kotori do siebie. Czekał tak, a czas dłużył mu się niemiłosiernie, jednak nie tracił nadziei, na zobaczenie jeszcze raz uśmiechu swojej małej przyjaciółki, która już w pierwszej chwili ich spotkania, skradła jego serce.
-Obudź się.....Proszę.....Nie zostawiej mnie.....-Szepnoł, dajac upust łzą, kiedy ta zaczęła kaszleć, szybko podniusł ją do siadu i spojrzał z najzieją w jej oczy, otworzyła je i spojrzała na przyjaciela.
-Hyaku? -Spytała cicho, cała obolała. -Co sie stało? Czemu płaczesz? -Uśmiechnęła się delikatnie, a on bez zastanowienia poczłował ją czule......Mutantą udało zbiec się z więzienia, oraz uciec i schować sie przed ludźmi, którzy nigdy więcej na oczy nie widzieli mutantów. A uratowała ich nadzieja, która jak to mówią zawsze umiera ostatnia.....



 *Osumi- Skrót od jap. Osuminasai, co oznacza"dobranoc"
  

poniedziałek, 7 listopada 2016

Pi ttam nunmul SKOŃCZONE W KOŃCU


 ~Tytuł przepiękny~


Słońce zbliżało się ku zachodowi. Wieża Tokyo Tower świetnie odznaczała się na tle innych budynków. O tej porze życie przenosiło się do centrum tej metropolii. Zwłaszcza do dzielnicy Ikebukuro zwanej również dzielnicą rozrywki. Jest tam wiele salonów gier, karaoke i wszystkiego co młodzi ludzie mogą zapragnąć. Kilkanaście kilometrów dalej znajduje się dzielnica Saitama. Jest ona bardzo spokojna, całkowicie inna od centrum. Prócz nazwy kojarzącej się z imieniem bohatera anime nie ma w niej praktycznie nic ciekawego. Właśnie w tej dzielnicy pośród uliczek szedł powoli młody chłopak. Na oko 18 letni. Nie był zbyt wysoki. Na nogach miał jasne adidasy i czarne, obcisłe spodnie. Na szarą bluzę narzucił skórzaną kurtkę. Szyję opatulił ciasno czerwonym szalikiem. Po chwili z czarnego plecaka narzuconego na jedno ramię wyciągnął białe słuchawki i puścił jakąś muzykę. Z północy zawiał chłodny, jesienny wiatr. Nieznajomy odwrócił się w jego stronę poprawiając swoją przydługą brązową grzywkę. Odsłonił przy tym swoje piękne czarne oczy. Widok który zobaczył nie zadowolił go jednak. Zza horyzontu zaczęły wyłaniać się ciemne chmury zwiastujące nadchodzącą burzę. Po chwili namysłu chłopak zaczął biec w tylko jemu znanym kierunku. Po drodze nie spotkał nikogo, co jednak jest normalne o tej porze i w tej dzielnicy. Po około 5 minutach brunet znalazł się przed małym, przytulnym domkiem. Nie był to jeden z tych słynnych mikroskopijnych japońskich mieszkanek, chociaż niewiele mu do tego brakowało.  Budynek był po prostu zwyczajny. Czarny dach, białe ściany, Parę okien, w tym z jednego można było zobaczyć światło. W  środku od czasu do czasu można było zobaczyć czyjąś sylwetkę. Na ten widok nieznajomy chłopak uśmiechnął się lekko i podszedł szybko do drzwi. Wziął głęboki oddech, uspokoił swój puls, po czym wszedł.
- Tadaima!*- krzyknął w progu, po czym zaczął zdejmować buty.
- Witaj z powrotem Akise - odpowiedział mu męski głos. Zaraz potem z kuchni wyjrzała głowa około 25 letniego mężczyzny.
- Widzę braciszku, że przefarbowałeś w końcu włosy- uśmiechnął się Akise widząc białe roztrzepane kosmyki opadające na czoło brata. Kolor włosów podkreślał tylko czarne oczy mężczyzny. Tak jak Akise nie był on zbyt wysoki, jednak w porównaniu do brata częściej chodził na siłownię. Teraz mężczyzna uśmiechał się, przez co było widać jego ciemne oczy podkreślone lekko czarną kredką.
-  I co z ,,nią"?- spytał młodszy uśmiechając się przyjaźnie.
- Eee...- odpowiedział mądrze starszy, a na jego policzki wstąpił lekki rumieniec. - Powiedziała ,,Ayato... ale wiesz... wybacz, ale zostańmy przyjaciółmi"
- Czyli po prostu friendzone- powiedział Akise jeszcze bardziej dołując brata. Zaraz potem jednak podszedł do niego i klepnął go w ramię. -Spokojnie.I tak na nią nie zasługiwałeś. znajdziesz sobie kiedyś lepszą.
- Heh... A jak tam u ciebie młody? Ogarnąłeś w końcu tą chemię?- Spytał Ayato roztrzepując włosy braciszka. Teraz miał on na głowie istny ,,artystyczny nieład"
- Nie jestem taki młody!- stwierdził brunet, robiąc obrażoną minę. Parę kosmyków opadło mu przy tym na oczy. Ayato z trudem powstrzymał śmiech- a z chemią jest już lepiej...- dodał po chwili chłopak i wszedł do pomieszczenia z którego przed chwilą wyszedł jego brat. Była to kuchnia. Jej ściany zdobiła biała farba i miejscami brązowe kafelki. Z sufitu zwisał srebrny, nowoczesny żyrandol, pod którym stał nowy, dębowy stół. To właśnie do niego chłopak skierował swoje kroki.
- A ręce?- usłyszał za sobą głos brata i zatrzymał się w pół kroku. Po krótkim namyśle zawrócił i udał się w głąb domu. Ayato chwilę patrzył się jak odchodzi, po czym podszedł do starej kuchenki gazowej. Stały na niej dwa garnki, z których wydobywał się wspaniały zapach curry. Chwilę pomieszał w jednym i wyraźnie usatysfakcjonowany podszedł do szafki, po czym wyjął dwa talerze. Po chwili z mniejszego garnka nałożył na nie ryż. Potem polał go curry z większego naczynia. Wszystko wyglądało znakomicie, a pachniało jeszcze lepiej. Ayato położył oba talerze na stole, po czym przyniósł sztućce. W tej chwili do pomieszczenia wszedł Akise. Przez chwilę zachwycał się zapachem roznoszącym się w całej kuchni. Zaraz potem jego twarz rozjaśnił piękny uśmiech.
- Czy ja czuję ryż z curry? (Nie! To tylko halucynacje z głodu i śmierć)- spytał Akise siadając do stołu
- Specjalnie dla ciebie. Może w końcu urośniesz.- odpowiedział ze śmiechem, Ayato siadając na przeciwko brata
- Odezwał się ten wysoki..- mruknął pod nosem brunet, po czym wziął sztućce i złożył ręce. Starszy zrobił to samo
- Itadakimas! **- krzyknęli jednocześnie po czym zabrali się do jedzenia.
Przez najbliższe parę minut w kuchni można było usłyszeć tylko odgłosy mlaskania. Mężczyźni jedli w ciszy, jednak atmosfera był przyjemna. Za oknem przejechał samochód. Spokój przerwał dzwonek do drzwi.
- Ja otworzę- powiedział Akise odkładając sztućce. Nie zauważył jednak nerwowego wzroku Ayato.
- Ja to zrobię- powiedział szybko, po czym w pośpiechu udał się do drzwi. Jego zachowanie bardzo zdziwiło młodszego.
~,,A jemu co? Jakiś taki nerwowy jest"- zastanawiał się chłopak. Zaraz potem do jego uszu doszedł głos szybkiego trzaskania drzwiami. Potem był strzał. Wystraszony chłopak poderwał się z miejsca. W tej chwili do kuchni wbiegł Ayato.
- Uciekaj! Szybko! Nie mam czasu ci tłumaczyć!- krzyknął, po czym zaczął ciągnąć brata w stronę tylnych drzwi. Ten jednak szybko się wyrwał.
- O co chodzi?! Co się stało?!- krzyknął- Czemu słyszę strzały?!
Ayato zrobił się jeszcze bardziej nerwowy. Szybko spojrzał w stronę frontowych drzwi. Ktoś się do nich zaczął dobijać. Brunet również szybko spojrzał w ich stronę. Zaraz potem odgłos strzału rozległ się po całej dzielnicy.
-Później ci wyjaśnię! Uciekajmy!- krzyknął białowłosy. Obaj mężczyźni zerwali się do biegu. Po wydostaniu się przez tylne drzwi trafili do ogrodu. Było ciemno. Drogę oświetlał im już tylko wschodzący księżyc i liczne gwiazdy. Po przedarciu się przez krzaki bracia trafili na płot. Miał on około 2 metry.
- Co teraz?- spytał cichym głosem Akise. Było słychać, ze jest bardzo zdenerwowany. Starszy spojrzał na niego.
- Przeska...-przerwał mu dźwięk rozbijanego okna  i kilka strzałów.
- Przeskakujemy. Pomogę ci.- dokończył szybko, po czym ułożył ręce tak, by móc podsadzić brata. Brunet przez chwilę zastanawiał się co zrobić. Zarz potem podparł się nogą i... był po drugiej stronie. Z domu co chwila dochodziły odgłosy tłuczonego szkła, bądź mebli. Zdenerwowany chłopak spojrzał w górę. Na szczęście dostrzegł tam głowę Ayato, który po chwili znalazł się tuż koło niego. Młodszy już miał zadać pytanie, jednak uprzedził go białowłosy.
- Uciekamy w stronę lasu. Tam ci wszystko wytłumaczę.- powiedział, po czym pędem pobiegł w tamtą stronę. Młodszy zrobił to samo. Gdy obaj znaleźli się przy linii drzew z tyłu dobiegł ich krzyk. Oboje odwrócili się w tamtą stronę. Przez płot przechodził mężczyzna i coś krzyczał. Po chwili tuż za nim pojawili się jego towarzysze. Każdy z nich miał pistolet. Akise zdrętwiał ze strachu. Ayato natomiast już chciał puścić się pędem do lasu. Zatrzymał się jednak i pociągnął za sobą brata. Obaj mężczyźni przedzierali się teraz przez krzaki. Nie wiedzieli w która stronę biegną? Jak długo biegną? Nic. Po jakimś czasie młodszy potknął się o wystający konar i przewrócił się. Jednak mech zamortyzował jego upadek. Ayato zatrzymał się po paru metrach.
- Nic ci nie jest?- spytał podając mu rękę. Zaraz potem zaczął nasłuchiwać. Akise, który stał właśnie obok brata również zaczął wsłuchiwać się w ciszę. Zawiał lekki wiatr, gdzieś w oddali zahukała sowa. Była noc, jednak w lesie nie było ciemno. Oświetlał go duży księżyc w pełni i wiele iskrzących gwiazd. Gdzieniegdzie można było zobaczyć świetliki. W innych okolicznościach można by było nazwać las czymś pięknym, magicznym i tajemniczym. Teraz jednak był on dla mężczyzn miejscem mrocznym i upiornym. Każdy szelest wywoływał u nich strach. Dopiero teraz obaj poczuli jak bardzo są zmęczeni i spragnieni. Akise oparł się o najbliższe drzewo.
- Co... teraz...?- spytał cicho brata. Ten zastanowił się przez chwilkę. Potem wyjął telefon i spojrzał na wyświetlacz.
- Nie ma tu zasięgu... -niemalże szepnął, po czym rozejrzał się jeszcze raz. -Chodźmy tą ścieżką. Jest wydeptana przez zwierzęta, więc zaprowadzi nas pewnie do wodopoju.
Brunet przytaknął i rozejrzał się . Rzeczywiście, była tam mała dróżka. Ruszył w jej stronę za bratem. Szli w milczeniu. Co chwilę pohukiwała sowa, lub wiał chłodny wiatr. Niebo było bezchmurne. Po paru minutach odezwał się Akise.
- O co w tym wszystkim chodzi? Czemu uciekliśmy? Kim byli ci ludzie?- powiedział zdenerwowany, nie podnosząc jednak głosu. Ayato zatrzymał się. Przez chwilę nic nie mówił. Widać było, że zastanawia się nad odpowiedzią. Po chwili przemówił. Jego głos był cichy.
- Akise... Wiem, że zabrzmi to dziwnie, ale wraz z kumplami popełniliśmy błąd... Oni nie wydawali się na początku groźni. Nasze zadanie polegało tylko na dostarczaniu różnych towarów w odpowiednie miejsca. Dostawaliśmy za to kupę kasy. -mężczyzna westchnął i przeczesał ręką swoje białe kosmyki- najpierw były one zwykłe... jak te, które roznosi kurier, potem... paczki stawały się coraz dziwniejsze... Aż pewnego dnia dostaliśmy zlecenie, by dostarczyć jakiegoś człowieka. On był... porwany. Zaginął tydzień wcześniej. -Ayato zamilkł na chwilę. Szukał odpowiednich słów.- My... sprzeciwiliśmy się. Zamiast na umówione miejsce wywieźliśmy go do jego rodziny... na wsi... Innym powiedzieliśmy, że przechytrzył nas i zwiał. Jak widać... chyba nam nie uwierzyli. -białowłosy odwrócił się w stronę brata i spojrzał mu w oczy- Wiem, że pewnie myślisz o mnie teraz jak o kimś złym, ale... wybacz... nie wiedziałem, że to tak się skończy...- powiedział, po czym przytulił Akise. Zaraz potem z powrotem ruszył ścieżką.
- Ja... rozumiem.- powiedział brunet, po czym także ruszył przed siebie. Dalej szli w milczeniu. Po około pół godziny ich oczom ukazał się prześwit między drzewami. Wyszli na jakieś pole. Obok przebiegała mała uliczka. Nigdzie nie było widać żadnych domków, ani tym bardziej ludzi.
- Gdzie my jesteśmy?- spytał Akise lekko drżącym głosem i spojrzał na Ayato.
- Nie wiem... -odparł ten, po czym znowu wyjął telefon- Zadzwonię do znajomych. Pomogą nam. Mamy kryjówkę.- powiedział wybierając numer. Zaraz potem przyłożył telefon do ucha i odszedł parę kroków. Akise za ten czas przyjrzał się dokładniej okolicy. Było całkiem ciemno. Księżyc chwilowo zasłoniły chmury. Jedynym źródłem światła były rozmieszczone co jakiś czas lampy i latające gdzie niegdzie świetliki. Po chwili chłopak usłyszał cichy szum wody. Rozejrzał się. Paręnaście metrów dalej płynął mały strumień.  Brunet szybko do niego podbiegł. Znajdował się w małym zagłębieniu. Brunet szybko zszedł po skarpie i bez zastanawiania się wziął do rąk trochę wody i wypił ją. Nie smakowała jakoś dziwnie. Był to w końcu mały strumień, który pewnie niedaleko miał swoje źródło. Chłopak wziął kolejny łyk, za nim jeszcze kolejny i następny. Po ugaszeniu pragnienia brunet wytarł rękawem spływające po jego brodzie strużki cieczy i odgarnął wpadającą do oczu grzywkę. Przypomniał sobie o bracie i wrócił do drogi. Ayato kończył właśnie rozmawiać przez telefon. Przytaknął tylko i zakończył połączenie. Odwrócił się i spojrzał na młodszego. Na jego twarzy było widać uśmiech.
- Zaraz tu będą. -wychrypiał przez zaschnięte gardło- Namierzą nas za pomocą mojego telefonu. Mamy załatwioną kryjówkę daleko stąd. Zabiorą nas tam i... jakoś się to ułoży.- ostatnie słowa powiedział niepewnie. Spojrzał smutno na brata, a z jego twarzy znikło szczęście. Akise jednak udawał, że tego nie zauważył i powiedział:
- Znalazłem strumyk. To jest pewnie ten wodopój do którego prowadziła ścieżka. To jest tam, za krzakami. Zaprowadzę cię.- stwierdził, po czym obaj udali się w tamtą stronę. Ayato od razu zaczął pić. Po minucie- tak jak wcześniej jego brat- wytarł brodę i odgarnął grzywkę. Mężczyźni uśmiechnęli się do siebie. Zapadła przyjemna cisza, wśród której było słychać tylko cichy szum wody. Nagle do ich uszu dobiegł krzyk. Potem był kolejny. Dwaj bracia zesztywnieli. Dźwięki zbliżały się do nich od strony lasu. Oboje zaczęli wychodzić z zagłębienia. Wtedy usłyszeli, że szosą zbliża się do nich jakiś samochód. Ayato spojrzał na niego z nadzieją. Dźwięki z lasu zbliżały się. Obaj mężczyźni nie wiedzieli co robić. Wtedy Ayato krzyknął.
- Ten samochód! To też oni! Musimy...- nie zdążył dokończyć, bo wtedy z lasu wyłonił się pierwszy napastnik. Starszy przez chwilę stał w bezruchu, a potem zepchnął brata do rowu. Ten był zbyt przerażony, by chociażby krzyknąć. Na horyzoncie pojawił się kolejny pojazd. Ayato krzyknął coś do napastników i zaczął uciekać. Akise za ten czas leżał w rowie. Bolała go ręka. Chciał wstać, ale poślizgnął się na mokrym kamieniu. Zanim upadł usłyszał jeszcze strzały. Potem były jakieś krzyki i... nastąpiła ciemność.

~~~~~~~~~~~~

Słońce przedzierało się przez chmury próbując ogrzać ziemię swoim światłem. Pomimo to było dość chłodno. Nad polem unosiła się lekka mgła. Było bardzo cicho i spokojnie. W tle można było usłyszeć tylko szum strumienia.  Wtedy z lasu wyłoniło się parę łebków saren. Zwierzęta po rozejrzeniu się ruszyły na pole i zaczęły skubać rosnącą przy brzegu trawę. Akise został zbudzony przez chłód i ból głowy. ,,Co się stało?"- pomyślał chłopak. Wtedy dopadły go wspomnienia z poprzedniej nocy. Nie ruszył się. Musiał to sobie jakoś ułożyć. Leżałby tak dalej, gdyby nie przypomniał sobie o bracie. Chciał wstać, jednak przerwał mu ostry ból w ręce i okolicach potylicy. O przeszywającym chłodzie już nawet nie wspominając. Brunet odetchnął ciężko. Ponownie spróbował wstać uważając na rękę i kamienie. Udało się. Chłopak wyszedł z rowu i rozejrzał się. Wtedy zawiał lekki wiatr. Brunetem wstrząsnęły dreszcze. Był cały mokry i zmarznięty. ,,Gdzie jest Ayato?"- zaczął się zastanawiać i ruszył w stronę drogi. Widok który tam zastał zmroził mu jeszcze bardziej krew w żyłach. W trawie leżało dożo łusek po nabojach. Na asfalcie za to była ogromna plama krwi. Wyglądała tak jakby ktoś ciągnął krwawiące ciało. Akise nagle zrobiło się niedobrze. Poszedł dalej i zobaczył ślady opon. ,,Co to ma znaczyć...?"- pomyślał. wtedy jego wzrok przyciągnęła kępa rosnących niedaleko traw. Podszedł tam i... zwymiotował. Zaraz potem upadł na kolana. Wśród traw leżała ludzka ręka! Nie było jednak reszty ciała. Chłopak poczuł, że ponownie jego żołądek chce pozbyć się swojej zawartości. Akise padł na asfalt. Nie chciał się już ruszać. Było mu zimno, bolała go ręka i głowa oraz źle się czuł. Dopiero wtedy wszystko zaczęło łączyć się w całość. Z oczu chłopaka pociekły łzy.
- Ayato... Nie...-zaczął szlochać- Nie... Ja...
Właśnie wtedy chmury odsłoniły słońce, które z całą swoją mocą zaczęło oświetlać ziemię i leżącego na jezdni chłopaka. Ten przewrócił się tylko na brzuch wciąż szlochając. W tej chwili obojętna mu była nawet śmierć. Stracił właśnie brata, który zawsze był mu drogi. Rodzice zmarli parę lat temu. Nie załamał się wtedy tylko przez Ayato. A teraz stracił i jego... Teraz... Nie miał już nic. Nie miał po co żyć. Bo co to za życie, kiedy nie masz nikogo, kto ciebie kocha, wesprze, pocieszy...? Rozmyślania chłopaka przerwał nadjeżdżający samochód. Akise jednak się tym nie przejął. Teraz wszystko było mu obojętne. Już i tak gorzej być nie mogło. Kierowca zatrzymał się i wysiadł z samochodu. Scena, którą zobaczył zmroził mu krew w żyłach. Wszędzie krew, naboje... a wśród tego szlochający chłopak.
- Ty...? Nic ci nie jest?- spytał nieznajomy. Akise odwrócił w jego stronę wzrok. Mężczyzna miał na oko około 40 lat. Był wysoki i miał lekką nadwagę. Musiał pracować w jakimś urzędzie, bo ubrany był w czarny garnitur, a jego kruczoczarne włosy były zaczesane do tyłu . Jego lekko pomarszczona twarz wyrażała zmartwienie i szok. Brunet odwrócił wzrok. ,,Tylko litości mi jeszcze brakowało..." pomyślał i znowu zaczął szlochać. Nieznajomy przez chwilę zastanawiał się co zrobić. Po chwili podszedł do samochodu i wyciągnął z niego płaszcz. Zaraz potem podszedł do chłopaka.
- Wstań, proszę.- powiedział. Ayato przez chwilę zastanawiał się, czy go posłuchać. ,,Z resztą... co mi szkodzi?" pomyślał i podniósł się z asfaltu. Starszy mężczyzna nakrył go płaszczem.  Po chwili Akise zrobiło się trochę cieplej. Nie był jednak z tego powodu specjalnie zadowolony. Miał ochotę zdechnąć tam, na tym asfalcie.Przez to, że ktoś się nad nim litował czuł się jeszcze gorzej. Nie chciał tego. Nie był przecież słaby. Chociaż... w głębi duszy cieszył się z tego, że ktoś mu pomógł. Akise poczuł na sobie spojrzenie starszego. Odwrócił się lekko w jego stronę.
- Chodź do samochodu. Tam jest cieplej- powiedział. Nieznajomu, po czym dodał- Jak się nazywasz?
Brunet przez chwilę zastanawiał się, czy mu odpowiedzieć. Nie był pewien, czy może mu zaufać. W końcu spotkał go przed chwilą, a ten chce mu pomóc. Nie da się ukryć jednak, że on sam wyglądał jak siedem nieszczęść, a krew i łuski po nabojach tylko to pogarszały. W końcu chłopak stwierdził, ze i tak mu wszystko jedno.
- Akise...- powiedział cicho i spojrzał na nieznajomego.
- Akihiko- odpowiedział mężczyzna- a teraz chodź. Zaraz zadzwonię po pomoc.
Chłopak przytaknął tylko i udał się za mężczyzną do samochodu. Po chwili siedział na miejscu pasażera, a Akihiko stał na zewnątrz i rozmawiał przez telefon. Z powodu braku innego zajęcia chłopak zaczął zastanawiać się nad swoim położeniem. Wrócił myślami do poprzedniego wieczoru. Ayato wepchnął go wtedy do rowu i odciągnął uwagę przeciwników. Uratował go... Na samą myśl o tym w jego oczach znowu zaczęły zbierać się łzy. Te wspomnienia były dla niego bolesne. Chłopak położył rękę na sercu. ,,To boli... Ayato... czemu?" zaczął się zastanawiać. Łzy płynęły po jego policzkach. Po paru minutach postanowił wziąć się w garść. Otarł łzy i wyjrzał za okno. Akihiko przyglądał się jemu. Chłopak odwrócił wzrok. ,,Co się potem stało?" zastanawiał się. Powrócił wspomnieniami do wydarzeń sprzed około godziny. Obudził się wtedy w rowie. Momentalnie chłopak położył rękę z tyłu głowy. Poczuł coś mokrego. Spojrzał na dłoń. Była to krew. ,,No tak... Czułem, że uderzyłem się o kamień..." pomyślał i przypomniał sobie o ręce. Nie bolała już go tak mocno. Chłopak podwinął rękaw. Jego oczom ukazał się duży, fioletowy siniak. Akise lekko go dotknął. Zabolało. Brunet naciągnął rękaw i wrócił do rozmyślań. ,,Był już ranek i nikogo nie było... Czyli napastnicy nie zauważyli mnie. Musiało zależeć im tylko na bracie... Wszędzie była krew i naboje. Tylko, czemu tak dużo? Ayato musiał spróbować z nimi walczyć.... dla mnie..." pomyślał chłopak, a w jego oczach znowu zaczęły zbierać się łzy. Nie mógł ich powstrzymać. ,,Czemu to musiało mnie spotkać? Czemu akurat mnie...? Czym ja zawiniłem...? Ayato... Czemu...?". Chłopak zaczął zadawać sobie pytania. Łzy kapały na jego spodnie. Chłopak był załamany. Dopiero teraz dotarło do niego, że stracił najważniejszą osobę w swoim życiu. Był taki... samotny. ,,A co z domem?!". Nagle przypomniał sobie, że przecież oni tam byli. Strzelali, niszczyli... ,,I co teraz będzie?"- zastanawiał się. Wtedy usłyszał syrenę. Na horyzoncie pojawił się wóz policyjny. Za nim jechał ambulans. Akise spojrzał na drugiego mężczyznę. Ten uśmiechnął się do niego pokrzepiająco. Brunet spojrzał w stronę nadjeżdżających pojazdów. ,,Co ja im powiem?" przemknęło mu przez myśl. Nie chciał mówić im prawdy. Wtedy jego brat mógłby zostać oskarżony. Chociaż już nie żył... Kolejne parę łez spłynęło po policzkach bruneta. Wóz policyjny zatrzymał się koło samochodu w którym siedział. Obok niego zatrzymał się ambulans. Z ob pojazdów wysiedli jacyś ludzie. Podszedł do nich Akihiko i coś powiedział. Zaraz potem ratownicy pośpieszyli  stronę siedzącego w samochodzie Akise. Policjanci zaczęli rozmawiać z kruczowłosym. Brunet chciał powoli wyjść z pojazu.
- Siedź chłopcze.- powiedziała jakaś blondynka spojrzała na niego swoimi ciemnymi oczami.- Jak się czujesz? Boli cię coś? -spytała
Akise po chwili zastanawiania się przytaknął.
-Uderzyłem się w głowę... i jeszcze ręka- powiedział podwijając rękaw. Kobieta skinęła głową na ratowników i podeszła do rozmawiających z Akihiko funkcjonariuszy. Akise przez chwilę odprowadzał ją wzrokiem. Jeden z ratowników- podszedł do niego i delikatnie obejrzał jego rękę.
-Pokaż głowę. Gdzie się uderzyłes?- spytał. Akise odwrócił się. Więcej nie musiał pokazywać. Kątem oka zauważył, że ratownik skrzywił się nieznaczne i spojrzał na kumpla.
-Zabieramy go na oddział. Zadzwoń do lekarza, że zaraz będziemy i powiadom Misaki- powiedział, a tamten mężczyzn przytaknął- Dasz radę iść? -zwrócił się do bruneta
Akise tylko przytaknął i wstał. Ratownik zaczął go podtrzymywać. Czuł na sobie spojrzenia wszystkich. Nie chciał tego. Wszyscy traktowali go tak... dziwnie. Nagle chłopakowi zaczęło robić się ciemno przed oczami. Potknął się. Nie poddawał się jednak. ,,Nie jestem słaby! Dam radę dojść!"  powtarzał sobie. W końcu z ulgą wsiadł do pojazdu. Tam zaczęło mu się robić ciemno przed oczami. Złapał się mężczyzny, który go podtrzymywał. Usłyszał jakieś stłumione głosy. Ktoś położył go na noszach. Wszystko było jednak jak przez mgłę. Potem zrobiło się ciemno.
~~~~~~~~~~~~
 Do uszu Akise dobiegało miarowe pikanie. Starał się je zignorować, jednak ono stawało się coraz bardziej denerwujące. Chłopak leżał na czymś miękkim. Było mu ciepło. Dochodzące gdzieś z lewej strony dźwięki stawały się coraz bardziej nieznośne. W końcu chłopak otworzył oczy. Wszędzie było biało. Dosłownie. 
- Czy ja umarłem?- spytał cicho sam siebie.
- Nie, ale miałeś szczęście- odpowiedział mu jakiś męski głos. Akise odwrócił się w jego stronę. Był to niewysoki mężczyzna koło 30. Miał niebieskie oczy i jasne włosy. Ubrany był w biały kilt. Musiał być lekarzem. 
- Co mi jest...?- spytał brunet. 
- Miał pan rozciętą głowę. Musieliśmy zszywać. Ręka jest na szczęście tylko potłuczona. Za chwile odłączymy cię od maszyny i podłączymy nową kroplówkę. Jak na razie odpoczywaj. Za godzinę przyjdzie psycholog. Chcemy się dowiedzieć co cię spotkało. -powiedział i wyszedł. Akise westchnął. Wciąż nie rozumiał co się stało. Wtedy do pokoju weszła pielęgniarka. Była to starsza kobieta, z miłym wyrazem twarzy.
- Dzień dobry! Jak się pan czuje? Przyszłam pana odłączyć- powiedziała i podeszła do bruneta
- Czuję się... dobrze?- odpowiedział. -Ile byłem nieprzytomny?
- Jeden dzień. Nie wiemy co się stało, ale musiał być pan nieźle wykończony. Policja bada sprawę. -powiedziała odłączając chłopaka. Zaraz potem zmieniła kroplówkę i wyszła. Akise rozejrzał się po pomieszczeniu. Sala była dość duża. Stały w niej jeszcze dwa łóżka, jednak chłopak był sam. Ściany i sufit były śnieżnobiałe. Przy każdym z łóżek stała mała szafka. Brunet wyjrzał przez okno. Była ładna pogoda. Akise znowu spojrzał na sufit. Wciąż nie mógł pogodzić się ze śmiercią brata. Znowu zaczęły wracać do niego wspomnienia z ,,tamtego" dnia. Jeszcze niedawno wiódł spokojne życie u boku swojego brata. Teraz wszystko się psuło... Nie wiedział nawet, czy ma gdzie wrócić. Nawet jeśli to czekały go niemałe wydatki. Akise ponownie zaczął analizować ,,tamten" wieczór. Teraz, będąc bardziej spokojnym widział wiele szczegółów, które mu wcześniej umknęły. Pierwszym z nic było to, czemu napastnicy go nie szukali. Chociaż może i szukali go. Jednak widzieli, jak Ayato wychodzi z rowu i widzieli, że wcześniej był z nim jego brat. ,,Może nie zależało im na mnie?" zastanawiał się. Ta opcja wydawała się jemu bardzo prawdopodobna. ,,Ale przecież ja ich widziałem. A poza tym skąd wiedzą, że brat mi o nich nie powiedział. Mógłbym to wtedy przekazać policji i złapali by ich". Kolejną rzeczą była ilość krwi. A było jej naprawdę dużo. ,,Czy to możliwe, by Ayato walczył aż tak dobrze, by tak okaleczyć tyle osób?" zadał sobie pytanie chłopak. Wtedy przypomniał sobie jeszcze jedną rzec. ,,Czemu było tam aż tak dużo tych naboi? Przecież to niemożliwe, by tyle ich zużyć na jednego człowieka?" Teraz wszystko wydawało się chłopakowi poplątane. Naszły go wątpliwości. ,,A co jeśli Ayato żyje?" zadawał sobie ciągle to pytanie. Bardzo chciał, żeby tak było. Kochał swojego brata i nie chciał go tracić. Nadzieja na to była mała, jednak on chciał się jej trzymać. Była to jego jedyna nadzieja... nadzieja na szczęście.... 
Z rozmyślań wyrwał chłopaka odgłos pukania w szybę. Brunet powoli odwrócił głowę w tamta stronę i wydał z siebie niemy krzyk. Za oknem stał mężczyzna w masce klauna. ,,Wrócili po mnie!" przeraził się Akise i zaczął rozpaczliwie szukać drogi ucieczki. Mógł wybiec przez drzwi, jednak nie był pewien, czy jest to bezpieczne. Sprawę utrudniała także przyczepiona kroplówka. Chłopak bał się ją odłączyć. Podniósł się do siadu i spanikowany spojrzał jeszcze raz w stronę okna. Nieznajomy robił jakieś dziwne ruchy rękami. Chyba próbował go uspokoić. Potem przyłożył palec do ust nakazując chłopakowi zachować cisze i zdjął maskę. Akise patrzył w osłupieniu na mężczyznę, który uśmiechał się teraz do niego. Pierwsze co rzucało mu się w oczy to jego czerwone włosy. ,,Zupełnie jak pomidor" pomyślał Akise i zaśmiał się. Nieznajomy miał lekko kwadratową twarz, jasną cerę i czarne jak węgiel oczy. Brunet znał go. Parę razy Ayato przyprowadził go do domu. Był on chyba jednym z jego przyjaciół, których Akise nie znał jednak za dobrze. Ayato zawsze mu mówił, że jak może jemu ufać tak bardzo, jakby to był jego brat. ,,Jak on miał na imię...? Już wiem! Minhyuk". Brunet szybko wstał i ciągnąc kroplówkę podszedł do okna. Na szczęście jego pokój znajdował się na parterze. ,,Tylko co on tu robi i o co chodzi?" zastanawiał się. Po chwili otworzył okno, a Minhyuk wskoczył do środka i wyprzedzając pytania chłopaka zaczął tłumaczyć:
- Zabieramy cię stąd. Nie ma czasu na wyjaśnienia. Reszta czeka w samochodzie. Na miejscu ci wyjaśnimy- powiedział szybko, po czym jednym ruchem odłączył kroplówkę. Akise syknął i spojrzał na niego gniewnie. Ten tylko uśmiechnął się, po czym pociągnął go w stronę okna. 
- Uciekajmy- powiedział jeszcze i wyskoczył. Po chwili wahania Akise zrobił to samo. 
- Chodź za mną! Zrobiliśmy dziurę w płocie. Zanim personel się skapnie nas już tu dawno nie będzie. - szepnął czerwonowłosy i pobiegł w stronę ogrodzenia. Brunet zrobił to samo. Po chwili oboje znikli  krzakach. To co Akise tam zobaczył przerosło jego oczekiwania. W płot stał wbity tyłem duży van. Jego bagażnik był otwarty. Wyglądało z niego 5 mężczyzn, którzy również mieli maski klaunów. Akise wydał z siebie zduszony krzyk widząc, że mężczyźni mają ze sobą ciężką amunicję.
- Po co wy to braliście? Mówiłem wam, że odbijamy tylko młodego i uciekamy!- krzyknął Minhyuk
- Nie wiedzieliśmy, czy ktoś się do nas nie przyczepi- odpowiedział jeden z nich. Czerwonowłosy westchnął tylko ciężko i gestem dłoni nakazał Akise zbliżyć się do siebie. Gdy chłopak wykonał polecenie mężczyzna zwrócił sie do wszystkich:
-To jest ten Akise. Postarajcie sie go nie wystraszyć.- po czym zwrócił się do przerażonego bruneta- Na miejscu ci wszystkich przedstawimy. Jak na razie spróbuj się uspokoić, a teraz wsiadaj. Zmywamy się stąd.
Chłopak tylko przytaknął, po czym poszedł w stronę wozu. Nieznajomi już tam wsiedli i zrobili dla niego miejsce. Akise usiadł na nim i nie odzywał się. Pojazd ruszył z piskiem opon. Brunet postarał się zebrać swoje myśli. Miał przeczucie, że może zaufać tym... no właśnie ,,Kim oni wo gule są? " zastanawiał się. Teraz absurdalny wydawał mu się fakt, że pozwolił się komuś uprowadzić ze szpitala.  Jednak Ayato mówił mu, że może zaufać czerwonowłosemu. Pomimo to chłopak miał sporo wątpliwości. ,,A co jeśli brat jednak żyje?" zastanowił się. Wtedy jednak zastanowiła go jednak rzecz.
- Skąd wiedzieliście, gdzie jestem?- spytał patrząc się na mężczyzn w klaunich maskach. Ci spojrzeli na siebie. Nagle jeden z nich odezwał się. 
-W gazecie o tm pisali.- powiedział lekko zachrypniętym głosem i podał chłopakowi kawałek papieru. Akise wziął go do ręki. W tym świetle i widział zbyt wiele, jednak udało mu się przeczytać nagłówek czegoś, co okazało się być gazeta. Głosił on ,,Zbrodnia  w Saitamie. Jeden mężczyzna zaginiony, drugi leży w szpitalu." Rozwiało to tylko część z jego wątpliwości. Teraz jednak chłopak coraz bardziej nie był pewny tego, czy Ayato zginął. W gazecie było napisane, że zaginął. To oznacza, że nie znaleziono jego ciała. ,,Jak tak to ktoś musiał go uratować... zanim nas znaleziono dzwonił on po swoich znajomych... więc..." Akise nie dokończył myśli. Przerwało mu gwałtowne hamowanie. Nagle ktoś otworzył drzwi. 
- Wysiadaj!- powiedział jeden z zamaskowanych mężczyzn. Jego głos wydawał się... szczęśliwy? Ayato wykonał polecenie i rozejrzał się po okolicy. Byli w miejscu, gdzie wydarzyło się ,,to". Chłopak wyraźnie posmutniał. Wróciły do niego wspomnienia z tamtego dnia. Wtedy Akise zobaczył jeszcze jedną postać. Był to mężczyzna. Tak samo jak reszta nosił na głowie maskę klauna. Wydawał się on trochę znajomy. Z tego co pamiętał nie jechał  z nimi w vanie. Brunet spojrzał na niego z zaciekawieniem. Wtedy mężczyzna zdjął maskę. Akise omal nie zakrztusił się.
- Ayato!- krzyknął chłopak i pobiegł w stronę brata. Ten zrobil to samo. Już po chwili Akise wtulał twarz z szyję białowłosego. Oboje płakali. Reszta mężczyzn też zdjęła maski. Wszyscy uśmiechali się na widok przytulających się braci. 
- Akise... ja tak bardzo cię przepraszam!- szlochał Ayato gładząc włosy brata- Teraz wszystko się jakoś ułoży... musi... my mamy już gotową kryjówkę. Zamieszkamy w Ichikari *** koło Sapporo... ja tak bardzo cię przepraszam...-szepnął, po czym spojrzał w zapłakane oczy brata- Wybaczysz mi kiedyś?
- Ayato... Ja ci już dawno wybaczyłem. Przecież jesteś moim bratem- powiedział młodszy. Był on teraz bardzo szczęśliwy. W końcu odzyskał nadzieję. 
,,Teraz wszystko się ułoży. Musi. Przecież jest ze mną brat, a to jest najważniejsze"

THE E.N.D. 

*(jap.) ,,już jestem z powrotem "
**(jap.) ,,smacznego" lub ,,jedzmy" w Japonii mówi się to przed każdym posiłkiem  
*** małe miasto na wyspie Hokkiado przy zatoce Ishikari

SIEROTA (JEST I TYTUŁ HEHE)

SIEROTA


     Wbiegłem z impetem do łazienki i zatrzasnąłem z hukiem drzwi za sobą. Zakluczyłem je i zaraz znalazłem się przed lustrem. Oparłem się o umywalkę starając się uspokoić oddech. Moja klatka piersiowa w bardzo szybkim tempie unosiła się i opadała, a ja nie mogłem tego zatrzymać. Z mojego nosa wciąż sączyła się krew. Chwyciłem rolkę papieru toaletowego, odwinąłem sporą część i przyłożyłem do twarzy tamując krwawienie. Wyglądałem żałośnie. Okropnie. Pochyliłem głowę do przodu, by krew mogła spokojnie spływać na papier i czekałem, aż to się skończy. Nie był to mój pierwszy krwotok z nosa, ale za każdym razem było to nieprzyjemne uczucie.
     Wziąłem trzy głębokie wdechy by całkowicie się uspokoić. Rzeczywiście, po chwili dłonie przestały mi drżeć, a ja wolno uniosłem głowę i spojrzałem w swoje odbicie. Moje oczy błyszczały od łez, którym teraz pozwoliłem spłynąć po policzkach. Papier przesiąknął już całkowicie krwią, więc odsunąłem rękę od twarzy. Krwotok ustał, za to prawa część mojej twarzy przybierała kolor purpurowy i puchła z każdą sekundą. Dotknąłem delikatnie skóry w tych okolicach i cicho syknąłem. Bolało jak cholera. Podejrzewam, że spać będę mógł tylko na lewej stronie... Łzy skapywały na białą powierzchnię umywalki i właściwie nie wiedziałem co robić. Nie chciałem tam wracać, ale jednocześnie nie miałem zamiaru dłużej wpatrywać się w siebie jako obrazu nędzy i rozpaczy.
     Moja dłoń powędrowała do kieszeni. Uważnie wyjąłem żyletkę i zacząłem się jej przyglądać. Tak naprawdę nie miałem nic do stracenia, kto mógłby użalać się nad sierotą? Każdy by zapomniał po tygodniu, że ktoś taki jak ja w ogóle uczęszczał do tej szkoły.
     Przykładając zimny metal do skóry nie myślałem o konsekwencjach. Właściwie nie myślałem o niczym. Miałem ochotę to zakończyć. Zakończyć cierpienie i życie w strachu. Jednak... zawahałem się. Jak zwykle. Odsunąłem żyletkę od ręki. Nigdy nie uda mi się z tym skończyć, zawsze znajdzie się jakieś ale. Ostrze upadając wydało pusty dźwięk, a ja osunąłem się na kafelki i ukryłem twarz w dłoniach. Nie potrafię tego zrobić... Tak bardzo jakbym tego chciał i pragnął, nie mogę. To mnie przerasta, odebranie sobie życia nie jest takie łatwe, niby zwykłe przecięcie żył, a jednak wiąże się z ogromnym poświęceniem. Przerasta mnie...
     Pozwoliłem kilku łzom spłynąć po twarzy, a później już tylko tłumiłem szloch. Płacz pozwala uwolnić nam wiele emocji i uczuć, których nie mamy siły dłużej w sobie trzymać. Jestem zbyt słaby na agresję i walenie pięściami w ścianę, potrafię tylko skulić się w kłębek i płakać. Nienawidzę swoich słabości, to przez nie cierpię, to przez nie płaczę, to przez nie staram się jak najszybciej umrzeć. Naciągnąłem rękawy od bluzy i pociągnąłem nosem.
     - Isaac? - na dźwięk tego poirytowanego głosu szybko wstałem i zacząłem przywracać się do porządku. Osoba po drugiej stronie kilka razy zapukała w drzwi. Nie odpowiedziałem. - Wychodź już. Ile można siedzieć w łazience?
     Schowałem żyletkę do kieszeni znoszonych jeansów i spojrzałem na siebie ostatni raz w lustrze. Dawno nieprzycinana grzywka opadała mi na czoło i jednocześnie zakrywała oczy, a usta jak zawsze wykrzywione były w grymasie, który w chociaż małym stopniu powinien przypominać uśmiech. Pod prawym okiem wciąż widoczne były ślady niedawno nabitego siniaka, ale przynajmniej z nosa już nie sączyła się krew.
     Wszystko w normie, pomyślałem.
     Przed wyjściem rozejrzałem się po pomieszczeniu czy nie zostawiłem tu żadnych niechcianych rzeczy, a po upewnieniu zwróciłem się w stronę drzwi. Ostrożnie odkluczyłem drzwi i wyszedłem na korytarz, na którym czekała na mnie nauczycielka biologii. Pani Carcarowski nie należała do osób, które interesują się życiem uczniów, a którzy to życie jeszcze bardziej uprzykrzają. Stała z założonymi rękami i gromiła mnie wzrokiem, to jej znak firmowy, każdy przynajmniej raz spotkał się z tym spojrzeniem. Nie miałem odwagi patrzeć w jej oczy, więc zwiesiłem głowę i włożyłem ręce do kieszeni bluzy.
     - Dlaczego po raz kolejny uciekasz z mojej lekcji? - nie odpowiedziałem na jej pytanie, pewnie i tak zada je jeszcze kilka razy.
     Sytuacja musiała wyglądać śmiesznie z boku, bo nasza nauczycielka jest naprawdę niską osobą, a ja jak na te prawie siedemnaście lat jestem dosyć wysoki. Ta różnica wzrostu musiała wyglądać co najmniej zabawnie. Do tego wszystkiego pani Carcarowski zaczęła nerwowo tupać nogą przez co echo jej perfekcyjnie wypastowanego pantofla zderzającego się z podłogą rozchodziło się po długim korytarzu szkolnym. Nie chciałem wdawać się z nią w niepotrzebną dyskusję, nie miałem na to siły. Ochoty tym bardziej mi brakowało.
     - Nie odpowiesz mi? Dobrze, w takim razie idziemy. - odwróciła się i szybkim krokiem ruszyła w stronę sali lekcyjnej. Mimo szczerej niechęci podążyłem za nią aż do drzwi. Nauczycielka złapała klamkę i zablokowała mi przejście. - Zadzwonię do twojej opiekunki, tak być nie może. - skarciła mnie po raz kolejny wzrokiem i otworzyła drzwi wchodząc pierwsza. Wszedłem zaraz za nią i od razu poczułem na sobie kilkanaście par oczu, które patrzyły na mnie z pogardą i politowaniem. Kilka osób zaczęło szeptać między sobą, a ja bardzo szybko ruszyłem w stronę mojej ławki. Miałem nadzieję, że nikt nie domyślił się co mogłem tam robić. Myślę, że gdyby znaleźli mnie w środku martwego to nikt by nie tęsknił. W końcu i tak jestem popychadłem. Nikt się mną nie przejmuje, nie mam rodziców, dlatego jestem gorszy niż reszta.
     Nauczyciele traktują mnie jak równego innym, ale ja wiem, że w głębi duszy za mną nie przepadają. Nie przepadają za uczniami, którzy się nie odzywają i przychodzą na lekcje pobici. Żaden z nich nigdy nie pytał jak się czuję, kilka godzin spędzonych z pedagogiem również nie pomogło w zrozumieniu mnie. Ludzie nie wiedzą jak wygląda życie sieroty... Myślą, że to smutek i żal po stracie rodziców i tyle, nic więcej. Tak naprawdę wypełnia mnie pustka i nic nie może tego zmienić. Nie czuję tak jak inni, wychowywany byłem przez obce mi osoby, które wcale nie starały się do mnie zbliżyć. Oni tylko wykonywali swoją pracę. Ich sztuczne uśmiechy wcale nie poprawiały mi humoru i nie motywowały do działań.
     Westchnąłem cicho i oparłem głowę na dłoniach. Lekcja przebiegała jak gdyby nigdy nic, jedynie niektóre osoby zerkały w moją stronę raz po raz. Chciałem uciec z tamtego miejsca i nigdy nie wracać. Nie czułem się dobrze...

     Dźwięk dzwonka był dla mnie zbawieniem, a przebywanie w tym miejscu choćby minutę dłużej przyprawiało mnie o dreszcze. Jako ostatni wyszedłem z klasy i wolnym krokiem ruszyłem w stronę bocznego wyjścia ze szkoły. Nie chciałem spotkać się z moimi dzisiejszymi oprawcami, bo druga połowa twarzy też mogłaby przybrać fioletowy kolor. Przed wyjściem rozejrzałem się kilka razy czy nie ma w pobliżu żadnych znanych mi osób. Pchnąłem drzwi i ruszyłem przez szkolny plac, na którym nie było już ani jednej żywej duszy. Wszyscy rozbiegli się do domów w bardzo szybkim tempie. Początek weekendu to dla nich świetna motywacja do joggingu. Poprawiłem pasek od torby, którą przewiesiłem na ramieniu, i skierowałem się na przystanek autobusowy. Wracanie tym środkiem komunikacji miejskiej było odwieczną rutyną. Nie wiedziałem jak to jest być odebranym przez rodzica i chociażby głupio spytać: "Co dzisiaj na obiad?"
     Po drodze zacząłem przyglądać się ludziom chodzącym po chodniku. Starałem się wymyślić historię, która opisywałaby ich nastrój. To było bardzo rozluźniające zajęcie, bo potrafiłem na chwilę zapomnieć o moim życiu i wczuć się w czyjeś. Zawsze zdawało mi się, że inni mają ciekawsze przeżycia niż ja. Na przykład taki mężczyzna, stał na przystanku gdzie zmierzałem, na oko sześćdziesięcioletni, który trzymał w dłoni przepiękny kwiat, co chwilę nerwowo poprawiał okulary na nosie i wciąż spoglądał na zegarek. Widać było, że gdzieś się spieszy i bardzo zależy mu na tym by być na czas. Podejrzewam, że jest to kwiat dla jego małżonki, a on bardzo nie chce się spóźnić. Może mają rocznicę albo ona obchodzi urodziny? Ten gest jest oznaką wielkiej miłości, bo sama pamięć o takich rzeczach to wspaniała rzecz. Mógłbym dopowiadać dalszy ciąg historii, ale w tej chwili podjechał autobus i mężczyzna wsiadł do niego z ulgą. Mam nadzieję, że się nigdzie nie spóźni.
     Pół godziny później byłem już na miejscu. Otworzyłem skrzypiącą furtkę i ruszyłem po małych kamyczkach w stronę głównych drzwi. Zadzwoniłem dzwonkiem, a zaraz po chwili drzwi otworzyła dobrze znana mi osoba. Obdarzyła mnie uśmiechem i odsunęła się robiąc mi przejście.
     - Isaac! Cześć, jak było w szkole? - Caroline była naprawdę pogodna i dużą wagę przywiązywała do komunikacji międzyludzkiej. Rozmowa była dla niej czymś bardzo ważnym. - Wpadły ci jakieś nowe oceny?
     - Tak jak zawsze, nic nowego. - nie spojrzałem nawet na nią, ale byłem pewny, że przewróciła oczami. Wiedziałem, że blondynka bardzo nie lubiła tych słów, ale nie miałem zamiaru mówić jej prawdy, a tym bardziej otwierać się przed nią. Mimo jej naprawdę pozytywnego nastawienia nie potrafiłem mówić o swoich uczuciach. Nie dość, że zapewne popłakałbym się jak dziecko to ktoś mógłby dowiedzieć się o mnie wszystkiego. Dosłownie wszystkiego. Nie chcę tego.
     - Idź do pokoju odłożyć rzeczy i przebierz się, zjemy na mieście. - spojrzałem na nią pytająco, a ona w odpowiedzi jedynie się uśmiechnęła nic nie tłumacząc. Zdziwiony jednak zrobiłem jak kazała.
     Miałem osobny pokój, bo byłem tutaj najstarszym dzieckiem. No, już nie takim dzieckiem, ale dla opiekunów są tutaj tylko dzieciaki. Rzuciłem torbę w kąt i rozejrzałem się po pokoju czy czegoś nie potrzebuję. Telefon był cały czas w kieszeni moich spodni i kilka groszy, a nic więcej mi nie trzeba było. Wychodząc z pokoju śmignęła mi przed oczami czupryna któregoś z dzieciaków. Nie wszystkie tak źle przeżywają straty rodziców jak ja. Niektóre nie wiedzą co się z nimi stało i prawdopodobnie nigdy się nie dowiedzą. Dobrze, że nie znoszą tego tak jak ja, ciężko by było patrzeć jak ich uśmiechy przemieniają się w obraz smutku i rozpaczy jak u mnie.
     - Isaac! - krzyk Caroline rozniósł się po całym budynku, a ja prędko zbiegłem po schodach kierując się w jej stronę. - O, w końcu jesteś - uśmiechnęła się krótko. - Pani Baker, wychodzę razem z Isaac'iem. Wrócimy koło dwudziestej. - powiedziała przez ramię w stronę uchylonych drzwi do biura dyrektorki tego sierocińca.
     Blondynka wciąż nie ujawniła celu ich wycieczki do miasta, więc zacząłem się trochę denerwować. Zarzuciła na ramiona kurtkę i ruszyła w stronę drzwi wychodząc pierwsza. Skierowaliśmy się w stronę jej samochodu, dalej w ciszy. Wsiedliśmy do środka granatowego opla. Zapiąłem pas bezpieczeństwa i zwróciłem się w stronę towarzyszki.
     - Caroline? - zacząłem. - Gdzie my tak właściwie jedziemy? - spytałem patrząc jak wkłada kluczyki do stacyjki i zapala silnik.
     - Powiedziałabym, że się przekonasz, ale już nie mogę dłużej. To była taka moja mała niespodzianka. Wiem jak bardzo lubisz sztukę, że rysujesz i w ogóle bardzo podobają mi się twoje prace. - zawstydziłem się. Nie wiedziałem, że ktokolwiek je widział, a tym bardziej ona. - No więc postanowiłam zabrać cię do galerii sztuki, blisko twojej szkoły jest jedna. Pomyślałam, że spodoba ci się. - uśmiechnęła się i widać było, że bardzo chciała mnie uszczęśliwić. Chyba za bardzo ukazywałem ostatnio przygnębienie.
     - Dziękuję, to bardzo miłe z twojej strony... - bylem szczerze zaskoczony i w duchu cieszyłem się z tej wyprawy. Nigdy wcześniej nie byłem w galerii, a bardzo lubię sztukę. Czasami można oddać coś czego nie można opisać słowami, wtedy można sięgnąć po pędzel i namalować to co siedzi nam w głowie. - Nie mam jak ci się odwdzięczyć...
     - Nie ma mowy o tym, ja to robię z czystej przyjemności! - ucięła temat. Zamilknąłem.
     Kilkanaście minut później byliśmy już na miejscu. Budynek był dość duży i robił bardzo dobre wrażenie. W środku również. Był przestronny i wewnątrz dominowały jasne barwy oraz dużo roślin. Nie mogłem oderwać od tego wzroku, miałem ochotę zobaczyć wszystko naraz. Po tym jak Caroline kupiła bilety ruszyliśmy w głąb pierwszego pomieszczenia.
     - Możemy się rozdzielić jeśli chcesz, ja i tak mam zamiar iść dalej i zacząć od czegoś innego. - powiedziała podczas gdy ja oglądałem pierwsze dzieła. Pokiwałem tylko głową, na znak tego, że ją zrozumiałem. Blondynka ruszyła w stronę kolejnej sali i zostałem sam. Uważnie przypatrywałem się każdemu detalowi i nazwiskom malarzy by zapamiętać jak najwięcej. Możliwe, że była to moja jedyna okazja na odwiedzenie galerii sztuki. Chciałem coś z tego wynieść, bo Caroline mogłaby być zawiedziona, że nie skorzystałem z jej niespodzianki, a jestem pewien, że zrobiła to bym rozwinął swoją wiedzę. Byłem jej za to bardzo wdzięczny.
     Przechodziłem między różnymi alejkami i widziałem bardzo wiele obrazów, ale żaden nie przykuł mojej uwagi. Najbardziej urzekły mnie te, które nie były jasno opisane. Każdy mógł je zinterpretować inaczej i to było wspaniałe. Sztuka jest niesamowita, posiada tyle stylów i różnych odłamów.
     Zatrzymałem się przed jednym dziełem. Na pierwszy rzut oka nie mogłem zrozumieć co przedstawia, wpatrywałem się w zielonożółte plamy na szarawym tle. Zaciekawiło mnie to, podobały mi się te pewne pociągnięcia pędzla i dynamika ukazana na płótnie.
     - William Turner. ,,Burza śnieżna na morzu". - ktoś ubiegł mnie przed przeczytaniem nazwiska autora. Odwróciłem się w celu namierzenia tego delikwenta. Moim oczom ukazał się wysoki brunet, który patrzył na obraz z małym zawadiackim uśmiechem. Miał na sobie jasnoniebieską koszulę z podwiniętymi rękawami do łokci i ciemne jeansy. Po chwili przeniósł wzrok na mnie i uśmiechnął się przyjaźnie. - Podoba ci się ten obraz?
     Nie wiedziałem czy powinienem mu odpowiadać. Postanowiłem trzymać się na dystans od nieznajomego.
     - Tak. Jest imponujący. - powiedziałem krótko. Brunet pokiwał głową.
     - Turner był jednym z największych pejzażystów angielskich w XIX wieku oraz uważany za jednego z prekursorów impresjonizmu. - pomyślałem, że musi tutaj pracować, ale po ubiorze nie było tego widać. - Ukazana na obrazie zamieć jest bardzo chaotyczna, ale można dojrzeć statek i jego maszt w samym centrum.
     Pokiwałem głową, bo szczerze mówiąc nie wiedziałem co odpowiedzieć.
     - Osobiście jest jednym z moich ulubionych artystów. - dodał podchodząc bliżej mnie i wyciągając rękę. - Mam na imię Scott.
     - Isaac. - niepewnie uścisnąłem jego dłoń i spojrzałem na jego twarz. Brązowe oczy bardzo dokładnie skanowały moją twarz a kilka ciemnych, delikatnie zakręconych kosmyków spadało na jego czoło. Bałem się nawiązać kontaktu wzrokowego więc spuściłem głowę przenosząc wzrok na swoje zniszczone trampki.
     - Lubisz sztukę? - Scott ponownie zaczął temat i widać, że zależało mu na tej rozmowie.
     - Bardzo. - uciąłem. Nie byłem pewny gdzie może zmierzać ta wymiana zdań. - Pracujesz tu? - spytałem.
     Brunet uśmiechnął się.
     - Nie, chociaż bardzo bym chciał być bliżej tych wspaniałych dzieł. Jeśli chodzi o to co mówiłem przed chwilą... po prostu zaciekawiłeś mnie.
     Zaciekawiłem go? Co to znaczyło? Odwróciłem głowę w jego stronę i spojrzałem pytająco.
     - Może chciałbyś usiąść? - wskazał głową na ławkę i zaczął zmierzać w jej kierunku. Podążyłem za nim, bo mimo jego dziwnych powodów do zaczepek wydawał się bardzo inteligenty i miał sporą wiedzę o malarstwie. Poza tym, może w końcu warto nawiązać jakieś nowe znajomości. - Bardzo podobało mi się to jak patrzyłeś na ten obraz. Było widać, że cię zaintrygował.
     - Och...
     - Zwróciłeś moją uwagę. - przeczesał palcami włosy i przeniósł dłoń na kark. - Jesteś tu sam?
     - Nie. Opiekunka pewnie kręci się gdzieś niedaleko... - ugryzłem się w język. Po co mówiłem o opiekunce? Trzeba było skłamać.
     - Opiekunka?
     - Tak... A ty? Nie wyglądasz na krytyka sztuki. - chciałem zmieniać temat i  sprowadzić rozmowę na dobry tor, wygodny dla mnie.
     - Malarstwo jest moim hobby, nie jestem w tym najlepszy, ale bardzo lubię to robić. No i oglądać obrazy innych wielkich artystów to sama przyjemność. - uśmiechnął się ponownie. - Opowiedz mi coś o sobie.
     Zmarszczyłem brwi. Dlaczego on poruszał tak trudne tematy? Nie chciałem ledwo poznanej osobie opowiadać o swoim życiu. O swoim żałosnym życiu. Czułem jego palący wzrok na sobie, ale nie mogłem się odezwać, nawet nie wiedziałem co mógłbym powiedzieć. Mężczyzna nie chciał dać za wygraną, czułem to.
     - Dobra, ja mogę zacząć - odparł z cichym westchnięciem. - Mam dwadzieścia lat i studiuję ekonomię. W wolnych chwilach maluję. Bardzo lubię naleśniki. - wyszczerzył się i ukazał dwa rzędy śnieżnobiałych zębów. Musiał być z dobrego domu. Spojrzał na mnie zachęcająco i wyczekiwał odpowiedzi.
     - No okej. Niedawno skończyłem siedemnaście lat i uczę się w liceum ulicę dalej. No i... naleśniki rzeczywiście są bardzo dobre. - kąciki moich ust delikatnie uniosły się do góry. Muszę przyznać, że tym przysmakiem zdobył trochę mojego zaufania.
     Scott zauważył, że zacząłem się trochę ośmielać więc pociągnął temat. Pytał o moje zainteresowania, a ja z pytania na pytanie otwierałem się coraz bardziej.
     - A jak twoi rodzice? Co robią? - mężczyzna podparł się na oparciu ławki.
     ,,Nie żyją, jestem sierotą", te słowa cisnęły mi się na usta, ale nie chciałem psuć nikomu nastroju. Już otwierałem usta by powiedzieć coś w stylu: ,,Nie chcę o tym rozmawiać, lepiej nie poruszajmy tego tematu", ale przerwał mi głos Caroline. Totalnie o niej zapomniałem przez Scotta. Tak miło spędziliśmy ten czas.
     - Isaac! Tu jesteś, w końcu. Myślałam, że cię nie zna... - ucięła widząc mojego towarzysza. - Widzę, że chyba przeszkadzam. Przepraszam, ale musimy już iść...
     Spojrzałem w stronę Scotta, który nie ukazywał żadnego zaskoczenia ani żadnej innej emocji. Jedynie uśmiechał się promiennie jak w czasie naszej rozmowy.
     - Czekam w aucie. - blondynka odwzajemniła uśmiech i ruszyła w stronę wyjścia.
     Skinąłem głową i skierowałem wzrok na mężczyznę.
     - To... do zobaczenia? - w moim głosie brzmiała nutka nadziei.
     - Oczywiście. Masz czas jutro? Chciałbym jeszcze z tobą porozmawiać. - wstał z ławki, a ja poszedłem w jego ślady.
     - Myślę, że mam...
     - Spotkajmy się w parku, tutaj, niedaleko twojego liceum. Koło... hmm, południa? - zaproponował odprowadzając mnie do wyjścia z budynku.
     - Okej. Widzimy się jutro! - uśmiechnąłem się w jego stronę, co było zaskoczeniem nawet dla mnie, ale Scott odwzajemnił ten gest. Pomachałem mu i zbiegłem po schodach w kierunku auta Caroline.
     Powrót do sierocińca wcale mi się nie uśmiechał. Nie miałem ochoty tam wracać, wolałbym zostać dłużej ze Scottem. Poczułem, że znaleźliśmy wspólny język, jak z nikim. Siedziałem w ciszy dopóki Caroline nie zaczęła rozmowy:
     - Kto to był?
     - Znajomy. - nie chciałem jej opowiadać o nowym przyjacielu. Najlepiej jak nikt się nie dowie.
     Blondynka pokiwała tylko głową, widziałem, że nie chciała znowu zaczynać, bo utnę temat.
     - Dziękuję ci. Bardzo mi się podobało.
     Momentalnie się rozpromieniła, przynajmniej tyle mogłem zrobić.
     - Nie ma za co, jeśli będziesz chciał kiedykolwiek tam wrócić to poproś, załatwię to. - spojrzała na mnie i puściła mi oczko po czym szybko wróciła wzrokiem na drogę. Już się nie odzywałem, ale w duchu bardzo to doceniałem. Mało kto robił dla mnie takie rzeczy. Ostatnim takim miłym gestem był telefon, który dostałem w prezencie od innego opiekuna. Poza tym nie dostaję żadnych wyszukanych prezentów.
     Reszta podróży spędzona była w ciszy, którą bardzo lubiłem. Zaparkowaliśmy przed sierocińcem, a lampy oświetlały nam drogę do furtki. Ruszyliśmy do drzwi wejściowych i weszliśmy do budynku.
     - Jesteśmy! - Caroline powiadomiła panią Baker i zdjęła buty. Poszedłem jej śladem i od razu ruszyłem do swojego pokoju. Blondynka nie starała się mnie zatrzymać z czego się ucieszyłem i w spokoju mogłem rzucić się na łóżko. Byłem bardzo zmęczony dzisiejszym dniem. Kilka minut odpoczynku i czułem się lepiej. Po szybkim prysznicu i przebraniu w piżamę wszedłem pod kołdrę i zgasiłem lampkę. Momentalnie usnąłem.

     Następnego dnia nie miałem zamiaru iść do szkoły przez spotkanie ze Scottem. Uznałem, że w sumie i tak jakoś to nadrobię, a nauczyciele raczej nie zauważą różnicy czy jestem obecny na lekcjach czy nie. Myślę też, że Caroline ani żaden opiekun tego nie zauważą. Wyszedłem rano, jak gdyby nigdy nic, jakbym miał iść normalnie do szkoły. Nie czułem się źle z tym, że opuszczam lekcje. Właściwie, cieszyłem się, że nie będę musiał spędzić tam całego dnia. Z tymi wszystkimi ludźmi... Naciągnąłem kaptur na głowę i ruszyłem w stronę małej kawiarenki. Postanowiłem tam trochę posiedzieć, bo właściwie dochodziła ósma, a umówiliśmy się na popołudnie. Wolałem posiedzieć w ciepłej kawiarni z gorącą herbatą niż na dworze, gdzie pierwsze liście zaczęły spadać z drzew. Jesień była bardzo melancholijną porą roku, bardzo lubiłem nastrój jaki wprowadzała. Taki spokój i ukojenie. Chłodny wiatr, przelotne deszcze i przepiękne barwy. Przypomniał mi się wczorajszy obraz Turnera. Wzorował się na prawdziwych zjawiskach pogodowych i krajobrazach. Muszę więcej poczytać o jego twórczości. Zamówiłem zieloną herbatę i usiadłem w rogu pomieszczenia. Przez jakąś godzinę przeglądałem gazety nad filiżanką. Znad czasopisma ujrzałem znajomą twarz, która pojawiła się w kawiarni. Zdziwiłem się, ale mimowolnie uśmiechnąłem. Brunet zasiadł naprzeciwko mnie i odwzajemnił uśmiech.

     Przez kolejne kilka miesięcy spotykałem się ze Scottem regularnie. Bardzo się do siebie zbliżyliśmy. Był jedyną osobą, której ufałem i której mówiłem praktycznie wszystko. Czułem się niekiedy tak jakbym miał starszego brata. Był dla mnie bardzo ważny, dzięki niemu moje życie było jakby barwniejsze. Dni spędzone w szkole nie wydawały się już tak okropne jak wcześniej, nawet reszta uczniów mi odpuściła. Nigdy bym nie pomyślał, że będę czuł się szczęśliwy. Dzięki Bogu pojawił się ktoś taki jak Scott.
     Schodziłem właśnie po schodach by wyjść do parku, od kiedy spotykałem się tam z brunetem, to miejsce stało się moim ulubionym. Usłyszałem Caroline, która mnie wołała. Skierowałem się w stronę dużego pokoju, gdzie większość dzieciaków się bawiła.
     - Przyszła poczta. Dostałeś list. - powiadomiła mnie i pokazała kupkę kopert na komodzie w korytarzu. Podszedłem tam niepewnie i wziąłem do ręki jedną, która była zaadresowana do mnie. Nadawcy nie było na kopercie.
     Postanowiłem najpierw to przeczytać, pewnie to jakieś głupie żarty albo inne badziewne reklamy. Wróciłem się do pokoju i usiadłem na łóżku po turecku. Wyjąłem kartkę i ją wyprostowałem. Zmarszczyłem brwi kiedy przeczytałem pierwsze słowa. Rozpoznałem pismo przyjaciela i coraz bardziej byłem zdezorientowany. Po co Scott miałby wysyłać mi listy?
     [...] i wiem, że ciężko będzie ci to przyjąć do wiadomości, ale... wyjeżdżam. Przepraszam, maluchu. Moja matka jest w bardzo ciężkim stanie, muszę wylecieć do Stanów, do domu. [...]
    Coś w środku mnie pękło. Wyjechać? Czy... Czy on chce mnie zostawić? Tak... tak na zawsze? Kilka łez wypłynęło spod moich półprzymkniętych powiek. Nie chciałem czytać dalszych przeprosin i wyjaśnień. Byłem załamany. Jedyna osoba, która mnie rozumiała, która była moim najlepszym przyjacielem... Odeszła. Wyjechał. Zostałem sam. Sam. Nie mogę w to uwierzyć... To nie może być prawda...
    [...] Obiecuję Ci, że jeszcze kiedyś się spotkamy, ale na razie muszę zostać w domu rodzinnym. Trzymaj się młody, bardzo cię kocham. Scott xxx [...]
     Siedziałem tak dłuższy czas i płakałem, a kilka moich łez poplamiło list od Scotta i teraz trudno było odczytać końcówkę. Starałem się uspokoić, ale nie potrafiłem. Mógłbym tam zostać i umrzeć po cichu. Jakim cudem mój fantastyczny nastrój tak drastycznie zmienił się w kilka sekund? Dlaczego Scott niczego wcześniej nie powiedział? Może poleciałbym razem z nim?
     Wpatrywałem się w ścianę i siedziałem tak od dłuższego czasu. Przestałem już płakać. W końcu brunet nie umarł, on po prostu wyleciał... On wróci... Musi wrócić... Myślę, że nie chciałby żebym za nim płakał. Bardzo często powtarzał mi, że jestem bardzo silny... Muszę w to uwierzyć. Jestem silny. I dam sobie radę, Scott tyle mnie nauczył... Pomagał mi bardzo w wielu chwilach. Kiedy nie dawałem rady... Muszę sobie dać radę też bez niego. Muszę...
     Miałem nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy, a do tego czasu muszę pozostać silnym i nie dać się złamać. Postaram się to zrobić dla niego. Będzie lepiej.