Muzyczka

poniedziałek, 7 listopada 2016

SIEROTA (JEST I TYTUŁ HEHE)

SIEROTA


     Wbiegłem z impetem do łazienki i zatrzasnąłem z hukiem drzwi za sobą. Zakluczyłem je i zaraz znalazłem się przed lustrem. Oparłem się o umywalkę starając się uspokoić oddech. Moja klatka piersiowa w bardzo szybkim tempie unosiła się i opadała, a ja nie mogłem tego zatrzymać. Z mojego nosa wciąż sączyła się krew. Chwyciłem rolkę papieru toaletowego, odwinąłem sporą część i przyłożyłem do twarzy tamując krwawienie. Wyglądałem żałośnie. Okropnie. Pochyliłem głowę do przodu, by krew mogła spokojnie spływać na papier i czekałem, aż to się skończy. Nie był to mój pierwszy krwotok z nosa, ale za każdym razem było to nieprzyjemne uczucie.
     Wziąłem trzy głębokie wdechy by całkowicie się uspokoić. Rzeczywiście, po chwili dłonie przestały mi drżeć, a ja wolno uniosłem głowę i spojrzałem w swoje odbicie. Moje oczy błyszczały od łez, którym teraz pozwoliłem spłynąć po policzkach. Papier przesiąknął już całkowicie krwią, więc odsunąłem rękę od twarzy. Krwotok ustał, za to prawa część mojej twarzy przybierała kolor purpurowy i puchła z każdą sekundą. Dotknąłem delikatnie skóry w tych okolicach i cicho syknąłem. Bolało jak cholera. Podejrzewam, że spać będę mógł tylko na lewej stronie... Łzy skapywały na białą powierzchnię umywalki i właściwie nie wiedziałem co robić. Nie chciałem tam wracać, ale jednocześnie nie miałem zamiaru dłużej wpatrywać się w siebie jako obrazu nędzy i rozpaczy.
     Moja dłoń powędrowała do kieszeni. Uważnie wyjąłem żyletkę i zacząłem się jej przyglądać. Tak naprawdę nie miałem nic do stracenia, kto mógłby użalać się nad sierotą? Każdy by zapomniał po tygodniu, że ktoś taki jak ja w ogóle uczęszczał do tej szkoły.
     Przykładając zimny metal do skóry nie myślałem o konsekwencjach. Właściwie nie myślałem o niczym. Miałem ochotę to zakończyć. Zakończyć cierpienie i życie w strachu. Jednak... zawahałem się. Jak zwykle. Odsunąłem żyletkę od ręki. Nigdy nie uda mi się z tym skończyć, zawsze znajdzie się jakieś ale. Ostrze upadając wydało pusty dźwięk, a ja osunąłem się na kafelki i ukryłem twarz w dłoniach. Nie potrafię tego zrobić... Tak bardzo jakbym tego chciał i pragnął, nie mogę. To mnie przerasta, odebranie sobie życia nie jest takie łatwe, niby zwykłe przecięcie żył, a jednak wiąże się z ogromnym poświęceniem. Przerasta mnie...
     Pozwoliłem kilku łzom spłynąć po twarzy, a później już tylko tłumiłem szloch. Płacz pozwala uwolnić nam wiele emocji i uczuć, których nie mamy siły dłużej w sobie trzymać. Jestem zbyt słaby na agresję i walenie pięściami w ścianę, potrafię tylko skulić się w kłębek i płakać. Nienawidzę swoich słabości, to przez nie cierpię, to przez nie płaczę, to przez nie staram się jak najszybciej umrzeć. Naciągnąłem rękawy od bluzy i pociągnąłem nosem.
     - Isaac? - na dźwięk tego poirytowanego głosu szybko wstałem i zacząłem przywracać się do porządku. Osoba po drugiej stronie kilka razy zapukała w drzwi. Nie odpowiedziałem. - Wychodź już. Ile można siedzieć w łazience?
     Schowałem żyletkę do kieszeni znoszonych jeansów i spojrzałem na siebie ostatni raz w lustrze. Dawno nieprzycinana grzywka opadała mi na czoło i jednocześnie zakrywała oczy, a usta jak zawsze wykrzywione były w grymasie, który w chociaż małym stopniu powinien przypominać uśmiech. Pod prawym okiem wciąż widoczne były ślady niedawno nabitego siniaka, ale przynajmniej z nosa już nie sączyła się krew.
     Wszystko w normie, pomyślałem.
     Przed wyjściem rozejrzałem się po pomieszczeniu czy nie zostawiłem tu żadnych niechcianych rzeczy, a po upewnieniu zwróciłem się w stronę drzwi. Ostrożnie odkluczyłem drzwi i wyszedłem na korytarz, na którym czekała na mnie nauczycielka biologii. Pani Carcarowski nie należała do osób, które interesują się życiem uczniów, a którzy to życie jeszcze bardziej uprzykrzają. Stała z założonymi rękami i gromiła mnie wzrokiem, to jej znak firmowy, każdy przynajmniej raz spotkał się z tym spojrzeniem. Nie miałem odwagi patrzeć w jej oczy, więc zwiesiłem głowę i włożyłem ręce do kieszeni bluzy.
     - Dlaczego po raz kolejny uciekasz z mojej lekcji? - nie odpowiedziałem na jej pytanie, pewnie i tak zada je jeszcze kilka razy.
     Sytuacja musiała wyglądać śmiesznie z boku, bo nasza nauczycielka jest naprawdę niską osobą, a ja jak na te prawie siedemnaście lat jestem dosyć wysoki. Ta różnica wzrostu musiała wyglądać co najmniej zabawnie. Do tego wszystkiego pani Carcarowski zaczęła nerwowo tupać nogą przez co echo jej perfekcyjnie wypastowanego pantofla zderzającego się z podłogą rozchodziło się po długim korytarzu szkolnym. Nie chciałem wdawać się z nią w niepotrzebną dyskusję, nie miałem na to siły. Ochoty tym bardziej mi brakowało.
     - Nie odpowiesz mi? Dobrze, w takim razie idziemy. - odwróciła się i szybkim krokiem ruszyła w stronę sali lekcyjnej. Mimo szczerej niechęci podążyłem za nią aż do drzwi. Nauczycielka złapała klamkę i zablokowała mi przejście. - Zadzwonię do twojej opiekunki, tak być nie może. - skarciła mnie po raz kolejny wzrokiem i otworzyła drzwi wchodząc pierwsza. Wszedłem zaraz za nią i od razu poczułem na sobie kilkanaście par oczu, które patrzyły na mnie z pogardą i politowaniem. Kilka osób zaczęło szeptać między sobą, a ja bardzo szybko ruszyłem w stronę mojej ławki. Miałem nadzieję, że nikt nie domyślił się co mogłem tam robić. Myślę, że gdyby znaleźli mnie w środku martwego to nikt by nie tęsknił. W końcu i tak jestem popychadłem. Nikt się mną nie przejmuje, nie mam rodziców, dlatego jestem gorszy niż reszta.
     Nauczyciele traktują mnie jak równego innym, ale ja wiem, że w głębi duszy za mną nie przepadają. Nie przepadają za uczniami, którzy się nie odzywają i przychodzą na lekcje pobici. Żaden z nich nigdy nie pytał jak się czuję, kilka godzin spędzonych z pedagogiem również nie pomogło w zrozumieniu mnie. Ludzie nie wiedzą jak wygląda życie sieroty... Myślą, że to smutek i żal po stracie rodziców i tyle, nic więcej. Tak naprawdę wypełnia mnie pustka i nic nie może tego zmienić. Nie czuję tak jak inni, wychowywany byłem przez obce mi osoby, które wcale nie starały się do mnie zbliżyć. Oni tylko wykonywali swoją pracę. Ich sztuczne uśmiechy wcale nie poprawiały mi humoru i nie motywowały do działań.
     Westchnąłem cicho i oparłem głowę na dłoniach. Lekcja przebiegała jak gdyby nigdy nic, jedynie niektóre osoby zerkały w moją stronę raz po raz. Chciałem uciec z tamtego miejsca i nigdy nie wracać. Nie czułem się dobrze...

     Dźwięk dzwonka był dla mnie zbawieniem, a przebywanie w tym miejscu choćby minutę dłużej przyprawiało mnie o dreszcze. Jako ostatni wyszedłem z klasy i wolnym krokiem ruszyłem w stronę bocznego wyjścia ze szkoły. Nie chciałem spotkać się z moimi dzisiejszymi oprawcami, bo druga połowa twarzy też mogłaby przybrać fioletowy kolor. Przed wyjściem rozejrzałem się kilka razy czy nie ma w pobliżu żadnych znanych mi osób. Pchnąłem drzwi i ruszyłem przez szkolny plac, na którym nie było już ani jednej żywej duszy. Wszyscy rozbiegli się do domów w bardzo szybkim tempie. Początek weekendu to dla nich świetna motywacja do joggingu. Poprawiłem pasek od torby, którą przewiesiłem na ramieniu, i skierowałem się na przystanek autobusowy. Wracanie tym środkiem komunikacji miejskiej było odwieczną rutyną. Nie wiedziałem jak to jest być odebranym przez rodzica i chociażby głupio spytać: "Co dzisiaj na obiad?"
     Po drodze zacząłem przyglądać się ludziom chodzącym po chodniku. Starałem się wymyślić historię, która opisywałaby ich nastrój. To było bardzo rozluźniające zajęcie, bo potrafiłem na chwilę zapomnieć o moim życiu i wczuć się w czyjeś. Zawsze zdawało mi się, że inni mają ciekawsze przeżycia niż ja. Na przykład taki mężczyzna, stał na przystanku gdzie zmierzałem, na oko sześćdziesięcioletni, który trzymał w dłoni przepiękny kwiat, co chwilę nerwowo poprawiał okulary na nosie i wciąż spoglądał na zegarek. Widać było, że gdzieś się spieszy i bardzo zależy mu na tym by być na czas. Podejrzewam, że jest to kwiat dla jego małżonki, a on bardzo nie chce się spóźnić. Może mają rocznicę albo ona obchodzi urodziny? Ten gest jest oznaką wielkiej miłości, bo sama pamięć o takich rzeczach to wspaniała rzecz. Mógłbym dopowiadać dalszy ciąg historii, ale w tej chwili podjechał autobus i mężczyzna wsiadł do niego z ulgą. Mam nadzieję, że się nigdzie nie spóźni.
     Pół godziny później byłem już na miejscu. Otworzyłem skrzypiącą furtkę i ruszyłem po małych kamyczkach w stronę głównych drzwi. Zadzwoniłem dzwonkiem, a zaraz po chwili drzwi otworzyła dobrze znana mi osoba. Obdarzyła mnie uśmiechem i odsunęła się robiąc mi przejście.
     - Isaac! Cześć, jak było w szkole? - Caroline była naprawdę pogodna i dużą wagę przywiązywała do komunikacji międzyludzkiej. Rozmowa była dla niej czymś bardzo ważnym. - Wpadły ci jakieś nowe oceny?
     - Tak jak zawsze, nic nowego. - nie spojrzałem nawet na nią, ale byłem pewny, że przewróciła oczami. Wiedziałem, że blondynka bardzo nie lubiła tych słów, ale nie miałem zamiaru mówić jej prawdy, a tym bardziej otwierać się przed nią. Mimo jej naprawdę pozytywnego nastawienia nie potrafiłem mówić o swoich uczuciach. Nie dość, że zapewne popłakałbym się jak dziecko to ktoś mógłby dowiedzieć się o mnie wszystkiego. Dosłownie wszystkiego. Nie chcę tego.
     - Idź do pokoju odłożyć rzeczy i przebierz się, zjemy na mieście. - spojrzałem na nią pytająco, a ona w odpowiedzi jedynie się uśmiechnęła nic nie tłumacząc. Zdziwiony jednak zrobiłem jak kazała.
     Miałem osobny pokój, bo byłem tutaj najstarszym dzieckiem. No, już nie takim dzieckiem, ale dla opiekunów są tutaj tylko dzieciaki. Rzuciłem torbę w kąt i rozejrzałem się po pokoju czy czegoś nie potrzebuję. Telefon był cały czas w kieszeni moich spodni i kilka groszy, a nic więcej mi nie trzeba było. Wychodząc z pokoju śmignęła mi przed oczami czupryna któregoś z dzieciaków. Nie wszystkie tak źle przeżywają straty rodziców jak ja. Niektóre nie wiedzą co się z nimi stało i prawdopodobnie nigdy się nie dowiedzą. Dobrze, że nie znoszą tego tak jak ja, ciężko by było patrzeć jak ich uśmiechy przemieniają się w obraz smutku i rozpaczy jak u mnie.
     - Isaac! - krzyk Caroline rozniósł się po całym budynku, a ja prędko zbiegłem po schodach kierując się w jej stronę. - O, w końcu jesteś - uśmiechnęła się krótko. - Pani Baker, wychodzę razem z Isaac'iem. Wrócimy koło dwudziestej. - powiedziała przez ramię w stronę uchylonych drzwi do biura dyrektorki tego sierocińca.
     Blondynka wciąż nie ujawniła celu ich wycieczki do miasta, więc zacząłem się trochę denerwować. Zarzuciła na ramiona kurtkę i ruszyła w stronę drzwi wychodząc pierwsza. Skierowaliśmy się w stronę jej samochodu, dalej w ciszy. Wsiedliśmy do środka granatowego opla. Zapiąłem pas bezpieczeństwa i zwróciłem się w stronę towarzyszki.
     - Caroline? - zacząłem. - Gdzie my tak właściwie jedziemy? - spytałem patrząc jak wkłada kluczyki do stacyjki i zapala silnik.
     - Powiedziałabym, że się przekonasz, ale już nie mogę dłużej. To była taka moja mała niespodzianka. Wiem jak bardzo lubisz sztukę, że rysujesz i w ogóle bardzo podobają mi się twoje prace. - zawstydziłem się. Nie wiedziałem, że ktokolwiek je widział, a tym bardziej ona. - No więc postanowiłam zabrać cię do galerii sztuki, blisko twojej szkoły jest jedna. Pomyślałam, że spodoba ci się. - uśmiechnęła się i widać było, że bardzo chciała mnie uszczęśliwić. Chyba za bardzo ukazywałem ostatnio przygnębienie.
     - Dziękuję, to bardzo miłe z twojej strony... - bylem szczerze zaskoczony i w duchu cieszyłem się z tej wyprawy. Nigdy wcześniej nie byłem w galerii, a bardzo lubię sztukę. Czasami można oddać coś czego nie można opisać słowami, wtedy można sięgnąć po pędzel i namalować to co siedzi nam w głowie. - Nie mam jak ci się odwdzięczyć...
     - Nie ma mowy o tym, ja to robię z czystej przyjemności! - ucięła temat. Zamilknąłem.
     Kilkanaście minut później byliśmy już na miejscu. Budynek był dość duży i robił bardzo dobre wrażenie. W środku również. Był przestronny i wewnątrz dominowały jasne barwy oraz dużo roślin. Nie mogłem oderwać od tego wzroku, miałem ochotę zobaczyć wszystko naraz. Po tym jak Caroline kupiła bilety ruszyliśmy w głąb pierwszego pomieszczenia.
     - Możemy się rozdzielić jeśli chcesz, ja i tak mam zamiar iść dalej i zacząć od czegoś innego. - powiedziała podczas gdy ja oglądałem pierwsze dzieła. Pokiwałem tylko głową, na znak tego, że ją zrozumiałem. Blondynka ruszyła w stronę kolejnej sali i zostałem sam. Uważnie przypatrywałem się każdemu detalowi i nazwiskom malarzy by zapamiętać jak najwięcej. Możliwe, że była to moja jedyna okazja na odwiedzenie galerii sztuki. Chciałem coś z tego wynieść, bo Caroline mogłaby być zawiedziona, że nie skorzystałem z jej niespodzianki, a jestem pewien, że zrobiła to bym rozwinął swoją wiedzę. Byłem jej za to bardzo wdzięczny.
     Przechodziłem między różnymi alejkami i widziałem bardzo wiele obrazów, ale żaden nie przykuł mojej uwagi. Najbardziej urzekły mnie te, które nie były jasno opisane. Każdy mógł je zinterpretować inaczej i to było wspaniałe. Sztuka jest niesamowita, posiada tyle stylów i różnych odłamów.
     Zatrzymałem się przed jednym dziełem. Na pierwszy rzut oka nie mogłem zrozumieć co przedstawia, wpatrywałem się w zielonożółte plamy na szarawym tle. Zaciekawiło mnie to, podobały mi się te pewne pociągnięcia pędzla i dynamika ukazana na płótnie.
     - William Turner. ,,Burza śnieżna na morzu". - ktoś ubiegł mnie przed przeczytaniem nazwiska autora. Odwróciłem się w celu namierzenia tego delikwenta. Moim oczom ukazał się wysoki brunet, który patrzył na obraz z małym zawadiackim uśmiechem. Miał na sobie jasnoniebieską koszulę z podwiniętymi rękawami do łokci i ciemne jeansy. Po chwili przeniósł wzrok na mnie i uśmiechnął się przyjaźnie. - Podoba ci się ten obraz?
     Nie wiedziałem czy powinienem mu odpowiadać. Postanowiłem trzymać się na dystans od nieznajomego.
     - Tak. Jest imponujący. - powiedziałem krótko. Brunet pokiwał głową.
     - Turner był jednym z największych pejzażystów angielskich w XIX wieku oraz uważany za jednego z prekursorów impresjonizmu. - pomyślałem, że musi tutaj pracować, ale po ubiorze nie było tego widać. - Ukazana na obrazie zamieć jest bardzo chaotyczna, ale można dojrzeć statek i jego maszt w samym centrum.
     Pokiwałem głową, bo szczerze mówiąc nie wiedziałem co odpowiedzieć.
     - Osobiście jest jednym z moich ulubionych artystów. - dodał podchodząc bliżej mnie i wyciągając rękę. - Mam na imię Scott.
     - Isaac. - niepewnie uścisnąłem jego dłoń i spojrzałem na jego twarz. Brązowe oczy bardzo dokładnie skanowały moją twarz a kilka ciemnych, delikatnie zakręconych kosmyków spadało na jego czoło. Bałem się nawiązać kontaktu wzrokowego więc spuściłem głowę przenosząc wzrok na swoje zniszczone trampki.
     - Lubisz sztukę? - Scott ponownie zaczął temat i widać, że zależało mu na tej rozmowie.
     - Bardzo. - uciąłem. Nie byłem pewny gdzie może zmierzać ta wymiana zdań. - Pracujesz tu? - spytałem.
     Brunet uśmiechnął się.
     - Nie, chociaż bardzo bym chciał być bliżej tych wspaniałych dzieł. Jeśli chodzi o to co mówiłem przed chwilą... po prostu zaciekawiłeś mnie.
     Zaciekawiłem go? Co to znaczyło? Odwróciłem głowę w jego stronę i spojrzałem pytająco.
     - Może chciałbyś usiąść? - wskazał głową na ławkę i zaczął zmierzać w jej kierunku. Podążyłem za nim, bo mimo jego dziwnych powodów do zaczepek wydawał się bardzo inteligenty i miał sporą wiedzę o malarstwie. Poza tym, może w końcu warto nawiązać jakieś nowe znajomości. - Bardzo podobało mi się to jak patrzyłeś na ten obraz. Było widać, że cię zaintrygował.
     - Och...
     - Zwróciłeś moją uwagę. - przeczesał palcami włosy i przeniósł dłoń na kark. - Jesteś tu sam?
     - Nie. Opiekunka pewnie kręci się gdzieś niedaleko... - ugryzłem się w język. Po co mówiłem o opiekunce? Trzeba było skłamać.
     - Opiekunka?
     - Tak... A ty? Nie wyglądasz na krytyka sztuki. - chciałem zmieniać temat i  sprowadzić rozmowę na dobry tor, wygodny dla mnie.
     - Malarstwo jest moim hobby, nie jestem w tym najlepszy, ale bardzo lubię to robić. No i oglądać obrazy innych wielkich artystów to sama przyjemność. - uśmiechnął się ponownie. - Opowiedz mi coś o sobie.
     Zmarszczyłem brwi. Dlaczego on poruszał tak trudne tematy? Nie chciałem ledwo poznanej osobie opowiadać o swoim życiu. O swoim żałosnym życiu. Czułem jego palący wzrok na sobie, ale nie mogłem się odezwać, nawet nie wiedziałem co mógłbym powiedzieć. Mężczyzna nie chciał dać za wygraną, czułem to.
     - Dobra, ja mogę zacząć - odparł z cichym westchnięciem. - Mam dwadzieścia lat i studiuję ekonomię. W wolnych chwilach maluję. Bardzo lubię naleśniki. - wyszczerzył się i ukazał dwa rzędy śnieżnobiałych zębów. Musiał być z dobrego domu. Spojrzał na mnie zachęcająco i wyczekiwał odpowiedzi.
     - No okej. Niedawno skończyłem siedemnaście lat i uczę się w liceum ulicę dalej. No i... naleśniki rzeczywiście są bardzo dobre. - kąciki moich ust delikatnie uniosły się do góry. Muszę przyznać, że tym przysmakiem zdobył trochę mojego zaufania.
     Scott zauważył, że zacząłem się trochę ośmielać więc pociągnął temat. Pytał o moje zainteresowania, a ja z pytania na pytanie otwierałem się coraz bardziej.
     - A jak twoi rodzice? Co robią? - mężczyzna podparł się na oparciu ławki.
     ,,Nie żyją, jestem sierotą", te słowa cisnęły mi się na usta, ale nie chciałem psuć nikomu nastroju. Już otwierałem usta by powiedzieć coś w stylu: ,,Nie chcę o tym rozmawiać, lepiej nie poruszajmy tego tematu", ale przerwał mi głos Caroline. Totalnie o niej zapomniałem przez Scotta. Tak miło spędziliśmy ten czas.
     - Isaac! Tu jesteś, w końcu. Myślałam, że cię nie zna... - ucięła widząc mojego towarzysza. - Widzę, że chyba przeszkadzam. Przepraszam, ale musimy już iść...
     Spojrzałem w stronę Scotta, który nie ukazywał żadnego zaskoczenia ani żadnej innej emocji. Jedynie uśmiechał się promiennie jak w czasie naszej rozmowy.
     - Czekam w aucie. - blondynka odwzajemniła uśmiech i ruszyła w stronę wyjścia.
     Skinąłem głową i skierowałem wzrok na mężczyznę.
     - To... do zobaczenia? - w moim głosie brzmiała nutka nadziei.
     - Oczywiście. Masz czas jutro? Chciałbym jeszcze z tobą porozmawiać. - wstał z ławki, a ja poszedłem w jego ślady.
     - Myślę, że mam...
     - Spotkajmy się w parku, tutaj, niedaleko twojego liceum. Koło... hmm, południa? - zaproponował odprowadzając mnie do wyjścia z budynku.
     - Okej. Widzimy się jutro! - uśmiechnąłem się w jego stronę, co było zaskoczeniem nawet dla mnie, ale Scott odwzajemnił ten gest. Pomachałem mu i zbiegłem po schodach w kierunku auta Caroline.
     Powrót do sierocińca wcale mi się nie uśmiechał. Nie miałem ochoty tam wracać, wolałbym zostać dłużej ze Scottem. Poczułem, że znaleźliśmy wspólny język, jak z nikim. Siedziałem w ciszy dopóki Caroline nie zaczęła rozmowy:
     - Kto to był?
     - Znajomy. - nie chciałem jej opowiadać o nowym przyjacielu. Najlepiej jak nikt się nie dowie.
     Blondynka pokiwała tylko głową, widziałem, że nie chciała znowu zaczynać, bo utnę temat.
     - Dziękuję ci. Bardzo mi się podobało.
     Momentalnie się rozpromieniła, przynajmniej tyle mogłem zrobić.
     - Nie ma za co, jeśli będziesz chciał kiedykolwiek tam wrócić to poproś, załatwię to. - spojrzała na mnie i puściła mi oczko po czym szybko wróciła wzrokiem na drogę. Już się nie odzywałem, ale w duchu bardzo to doceniałem. Mało kto robił dla mnie takie rzeczy. Ostatnim takim miłym gestem był telefon, który dostałem w prezencie od innego opiekuna. Poza tym nie dostaję żadnych wyszukanych prezentów.
     Reszta podróży spędzona była w ciszy, którą bardzo lubiłem. Zaparkowaliśmy przed sierocińcem, a lampy oświetlały nam drogę do furtki. Ruszyliśmy do drzwi wejściowych i weszliśmy do budynku.
     - Jesteśmy! - Caroline powiadomiła panią Baker i zdjęła buty. Poszedłem jej śladem i od razu ruszyłem do swojego pokoju. Blondynka nie starała się mnie zatrzymać z czego się ucieszyłem i w spokoju mogłem rzucić się na łóżko. Byłem bardzo zmęczony dzisiejszym dniem. Kilka minut odpoczynku i czułem się lepiej. Po szybkim prysznicu i przebraniu w piżamę wszedłem pod kołdrę i zgasiłem lampkę. Momentalnie usnąłem.

     Następnego dnia nie miałem zamiaru iść do szkoły przez spotkanie ze Scottem. Uznałem, że w sumie i tak jakoś to nadrobię, a nauczyciele raczej nie zauważą różnicy czy jestem obecny na lekcjach czy nie. Myślę też, że Caroline ani żaden opiekun tego nie zauważą. Wyszedłem rano, jak gdyby nigdy nic, jakbym miał iść normalnie do szkoły. Nie czułem się źle z tym, że opuszczam lekcje. Właściwie, cieszyłem się, że nie będę musiał spędzić tam całego dnia. Z tymi wszystkimi ludźmi... Naciągnąłem kaptur na głowę i ruszyłem w stronę małej kawiarenki. Postanowiłem tam trochę posiedzieć, bo właściwie dochodziła ósma, a umówiliśmy się na popołudnie. Wolałem posiedzieć w ciepłej kawiarni z gorącą herbatą niż na dworze, gdzie pierwsze liście zaczęły spadać z drzew. Jesień była bardzo melancholijną porą roku, bardzo lubiłem nastrój jaki wprowadzała. Taki spokój i ukojenie. Chłodny wiatr, przelotne deszcze i przepiękne barwy. Przypomniał mi się wczorajszy obraz Turnera. Wzorował się na prawdziwych zjawiskach pogodowych i krajobrazach. Muszę więcej poczytać o jego twórczości. Zamówiłem zieloną herbatę i usiadłem w rogu pomieszczenia. Przez jakąś godzinę przeglądałem gazety nad filiżanką. Znad czasopisma ujrzałem znajomą twarz, która pojawiła się w kawiarni. Zdziwiłem się, ale mimowolnie uśmiechnąłem. Brunet zasiadł naprzeciwko mnie i odwzajemnił uśmiech.

     Przez kolejne kilka miesięcy spotykałem się ze Scottem regularnie. Bardzo się do siebie zbliżyliśmy. Był jedyną osobą, której ufałem i której mówiłem praktycznie wszystko. Czułem się niekiedy tak jakbym miał starszego brata. Był dla mnie bardzo ważny, dzięki niemu moje życie było jakby barwniejsze. Dni spędzone w szkole nie wydawały się już tak okropne jak wcześniej, nawet reszta uczniów mi odpuściła. Nigdy bym nie pomyślał, że będę czuł się szczęśliwy. Dzięki Bogu pojawił się ktoś taki jak Scott.
     Schodziłem właśnie po schodach by wyjść do parku, od kiedy spotykałem się tam z brunetem, to miejsce stało się moim ulubionym. Usłyszałem Caroline, która mnie wołała. Skierowałem się w stronę dużego pokoju, gdzie większość dzieciaków się bawiła.
     - Przyszła poczta. Dostałeś list. - powiadomiła mnie i pokazała kupkę kopert na komodzie w korytarzu. Podszedłem tam niepewnie i wziąłem do ręki jedną, która była zaadresowana do mnie. Nadawcy nie było na kopercie.
     Postanowiłem najpierw to przeczytać, pewnie to jakieś głupie żarty albo inne badziewne reklamy. Wróciłem się do pokoju i usiadłem na łóżku po turecku. Wyjąłem kartkę i ją wyprostowałem. Zmarszczyłem brwi kiedy przeczytałem pierwsze słowa. Rozpoznałem pismo przyjaciela i coraz bardziej byłem zdezorientowany. Po co Scott miałby wysyłać mi listy?
     [...] i wiem, że ciężko będzie ci to przyjąć do wiadomości, ale... wyjeżdżam. Przepraszam, maluchu. Moja matka jest w bardzo ciężkim stanie, muszę wylecieć do Stanów, do domu. [...]
    Coś w środku mnie pękło. Wyjechać? Czy... Czy on chce mnie zostawić? Tak... tak na zawsze? Kilka łez wypłynęło spod moich półprzymkniętych powiek. Nie chciałem czytać dalszych przeprosin i wyjaśnień. Byłem załamany. Jedyna osoba, która mnie rozumiała, która była moim najlepszym przyjacielem... Odeszła. Wyjechał. Zostałem sam. Sam. Nie mogę w to uwierzyć... To nie może być prawda...
    [...] Obiecuję Ci, że jeszcze kiedyś się spotkamy, ale na razie muszę zostać w domu rodzinnym. Trzymaj się młody, bardzo cię kocham. Scott xxx [...]
     Siedziałem tak dłuższy czas i płakałem, a kilka moich łez poplamiło list od Scotta i teraz trudno było odczytać końcówkę. Starałem się uspokoić, ale nie potrafiłem. Mógłbym tam zostać i umrzeć po cichu. Jakim cudem mój fantastyczny nastrój tak drastycznie zmienił się w kilka sekund? Dlaczego Scott niczego wcześniej nie powiedział? Może poleciałbym razem z nim?
     Wpatrywałem się w ścianę i siedziałem tak od dłuższego czasu. Przestałem już płakać. W końcu brunet nie umarł, on po prostu wyleciał... On wróci... Musi wrócić... Myślę, że nie chciałby żebym za nim płakał. Bardzo często powtarzał mi, że jestem bardzo silny... Muszę w to uwierzyć. Jestem silny. I dam sobie radę, Scott tyle mnie nauczył... Pomagał mi bardzo w wielu chwilach. Kiedy nie dawałem rady... Muszę sobie dać radę też bez niego. Muszę...
     Miałem nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy, a do tego czasu muszę pozostać silnym i nie dać się złamać. Postaram się to zrobić dla niego. Będzie lepiej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz